W modnej nadmorskiej miejscowości postanowiłem któregoś dnia wyindywidualizować się z rozentuzjazmowanego tłumu. Dzień na plaży wśród hałasu i gwaru wypada przerwać. Tuż a plażą czeka istna monokultura mrożonej (ale przecież podgrzanej – więc o co chodzi) pizzy i smażonej kiełbasy. Wieczorem – inna monokultura – kielbasiano-grillowa lub ogniskowo-wokalna z jakże polskimi śpiewami o góralu, któremu już niczego nie żal i o innym żąlu, tym razem za dziewczyną i zieloną Ukrainą. Inny pomysł na wieczór to rykowisko (nie mylić z rokowiskiem) w rytmach lokalnego disco-polo.
Czy tak być musi? Nie musi. Są przykłady.
Do sal restauracyjnych i gastronomicznych ogródków przyciągają nie tylko: estetyka tych obiektów, asortyment potraw, ale przede wszystkim specyficzna atmosfera tworzona przez specjalnie dobraną muzykę a także przez samą publiczność ciągnącą do lokali, które im najbardziej odpowiadają.
Kłania się konieczność segmentacji rynku. Kiełbasa z rożna, a nawet góral (któremu nie żal), czemu nie, ale nie wszędzie i nie dla wszystkich!
Jan Paweł Piotrowski



