
W świecie międzynarodowej turystyki mówi się, że rok 2026 przyniesie najbardziej tropikalną rywalizację sezonu. Dominikana, zamiast po prostu promować siebie, postanowiła najwyraźniej sprawdzić, jak daleko można przesunąć granicę między marketingiem a prowokacją. A adresatem tej strategii jest Meksyk.
W centrum zamieszania znalazł się minister turystyki Dominikany, David Collado, urzędujący od 2020 roku i znany z wyjątkowego entuzjazmu dla wszystkiego, co pachnie Punta Caną, palmą i pakietem all inclusive.
„Powinien promować swój kraj, a nie atakować cudzy” – tak, bez dyplomatycznych ozdobników, skomentował sytuację jeden z czołowych meksykańskich decydentów branży turystycznej. Jego zdaniem Collado, zamiast opowiadać o walorach Dominikany, coraz częściej mówi, dlaczego… nie warto jechać do Meksyku.
Iskrą zapalną były publiczne wystąpienia ministra, w tym retoryczne pytanie rzucone podczas jednego z wydarzeń branżowych: „Gdzie jest minister turystyki Meksyku?”. Żart? Być może. Ale w połączeniu z następującą po nim prezentacją dominikańskich kurortów wielu odebrało to jako przytyk, a nie niewinną prowokację.
Kulminacja nastąpiła na turystycznych targach FITUR w Madrycie. Meksyk – oficjalny kraj partnerski targów – rozpoczyna prezentację, a tuż obok… Dominikana podkręca głośniki, wchodzą tancerze, zaczyna się fiesta.
Czy to wojna? Raczej karaibska telenowela marketingowa. Bez sankcji i blokad, za to z muzyką, emocjami i głośnym brandingiem.
A świat turystyki patrzy na to z rozbawieniem – bo czasem wygrywa się falą, a czasem… narracją.



