
Zastanawialiście się, patrząc na kolejne reklamy „wakacji marzeń”, czy ten świat ma jeszcze rację bytu? Śledzący branżę od dekad, widzą dwie równoległe rzeczywistości. W jednej, tej z folderów biur podróży i raportów giełdowych, turystyka ma rosnąć w nieskończoność, podwajając liczbę podróży do 2050 roku. Natomiast w drugiej, z laboratoriów fizyków i analiz geologicznych ten model turystyki wygląda już jak zombie, tylko jeszcze o tym nie wie.
Liniowy wzrost kontra fizyka planety
Branża turystyczna to mistrzowie wypierania rzeczywistości. Prognozy World Travel & Tourism Council czy producentów samolotów wciąż rysują przed nami wizję wykładniczego wzrostu. Mamy latać częściej, dalej i szybciej. Jednak ta wizja „liniowego, ciągłego rozwoju” to dziś niebezpieczna halucynacja. Jak brutalnie, ale trafnie zauważają naukowcy w kontekście krytyki „zielonego wzrostu”: wiara, że technologia pozwoli nam rosnąć bez końca przy malejącym zużyciu zasobów, to „mrzonki i urojenia”.
Model, który ukształtował nasze wakacyjne przyzwyczajenia, te tanie loty, weekendowe wypady na drugi koniec Europy i globalne łańcuchy dostaw dla hoteli opierał się na jednym, kluczowym założeniu taniej i dostępnej energii. Ten fundament właśnie pęka. Żyjemy w czasach, gdzie fizyka zaczyna wystawiać rachunek za dekady życia na kredyt ekologiczny.
Ikar XXI wieku w ogniu kosztów
Najlepiej ten rozdźwięk widać w lotnictwie. Z jednej strony karmimy się technologicznym optymizmem i już,-już mamy latać elektrycznymi Boeingami albo samolotami na wodór. Tyle że rzeczywistość szybko sprowadza na ziemię. Fizyki nie da się oszukać. Nawet najlepsze baterie mają gęstość energii kilkadziesiąt razy mniejszą niż zwykłe paliwo lotnicze. Elektryczny samolot pasażerski zdolny przelecieć Atlantyk musiałby być w zasadzie jedną wielką baterią, o pasażerach nie byłoby mowy. Wodór, też brzmi futurystycznie, ale w praktyce oznacza gigantyczne koszty, ogromną infrastrukturę i projektowanie samolotów od zera. To raczej zabawka dla nielicznych, a nie rozwiązanie dla mas. Zostają więc tzw. zrównoważone paliwa lotnicze (SAF). Super pomysł… na papierze. W praktyce ich produkcja to kropla w oceanie, a w 2024 roku pokrywały ledwie 0,3% globalnego zapotrzebowania. Natomiast nowe inwestycje hamują, bo są drogie, a transformacja w lotnictwie jest powolna. Do tego biomasy po prostu nie starczy dla wszystkich i lotnictwo musiałoby konkurować o ziemię z produkcją żywności. Czy to wniosek, że czasy tanich weekendowych lotów do Barcelony za stówkę powoli przechodzą do historii?

Zielony azyl i beneficjent zmian
W świecie pełnym klimatycznych ograniczeń Polska wyrasta na dość nieoczywistego bohatera nowej, bardziej rozsądnej turystyki. Podczas gdy południe Europy dosłownie się topi w rekordowych upałach, u nas coraz głośniej mówi się o trendzie „coolcation”, czyli wakacjach tam, gdzie jest po prostu chłodniej. Turyści zaczynają doceniać miejsca, w których klimatyzacja nie ratuje życia, a cień dają lasy, jeziora i naturalna zieleń. Dzięki swoim zasobom przyrody i dużej bioróżnorodności Polska idealnie wpisuje się w te potrzeby, zwłaszcza dla tych, którzy mają już dość skwaru znad Morza Śródziemnego.
Do tego dochodzi nasze położenie w samym środku Europy, które w czasach ograniczania lotów okazuje się ogromnym plusem. Zamiast stawiać na megalotniska, Polska coraz mocniej inwestuje w kolej. PKP Intercity planuje do 2030 roku miliardowe nakłady na nowoczesne pociągi i infrastrukturę przyjazną środowisku. Efekt? Kolej staje się realną, wygodną i ekologiczną alternatywą wybieraną nie z konieczności, ale z przekonania.
Turystyka blisko domu, oparta na gęstej siatce połączeń, to kierunek, w którym Polska ma już solidne atuty. I liczby tylko to potwierdzają: w 2025 roku liczba zagranicznych turystów wzrosła o 12%. Świat zaczyna dostrzegać, że jesteśmy bezpiecznym, umiarkowanym klimatycznie miejscem z dużym potencjałem do odpoczynku i regeneracji.
Walka o zasoby kluczowych surowców sprawiają, że świat coraz bardziej zaczyna grać na znanej zasadzie z piosenki ABBY „wygrywający zabiera wszystko”. Marząc o zielonej utopii, potrzebujemy miedzi, litu i kobaltu, a tych nie ma w nieskończoność. W tym wyścigu o zasoby turystyka jest raczej na przegranej pozycji. Jeśli zabraknie prądu, rządy najpierw zasilą szpitale, rolnictwo, uzbroją armię, a nie podgrzeją baseny w hotelach.
Fasadowa ekologiczność i opór przed zmianą
Jak na to reaguje branża? Zamiast głębokiej reformy, serwuje nam „ekologiczne okładziny i drewniane panele”. Hotele chwalą się brakiem plastikowych słomek, podczas gdy ich model biznesowy wciąż opiera się na ściąganiu tysięcy gości samolotami. To klasyczny greenwashing. Branża nastawiona na maksymalizację zysku aktywnie opiera się regulacjom, traktując zrównoważony rozwój jako dodatek wizerunkowy. Tymczasem w Polsce rosnące koszty operacyjne już teraz weryfikują ten model, zmuszając hotelarzy do szukania realnych oszczędności, a nie marketingowych sztuczek.

Czas na turystykę regeneracyjną
To oczywiście nie koniec podróżowania. To koniec turystyki masowej w obecnym kształcie. Przyszłość należy do modelu, który Polska ma szansę wdrożyć jako jedna z pierwszych – turystyki post-wzrostu. Podróże koleją, bliskość natury, ucieczka od upałów i szacunek dla lokalnych zasobów. Musimy przestać wierzyć w mrzonki o nieskończonym wzroście i zaakceptować, że na skończonej planecie najlepsze wakacje to te, które nie kosztują Ziemi jej przyszłości. A takie wakacje coraz częściej będziemy spędzać nad Wisłą, a nie pod palmami.
A może turystyka to sektor właśnie przechodzący fundamentalną metamorfozę. Od modelu opartego na paliwach kopalnych i nieograniczonej konsumpcji, do opartego na technologii, efektywności energetycznej i świadomym wyborze destynacji. I właściwą metaforą dla obecnego stanu branży nie jest „Zombie”, lecz „Feniks”, jako odradzający się w nowej, bardziej odpornej i zrównoważonej formie.
Autor: Agnieszka Nowak i Leszek Nowak, www.travel2.pl i www.2ba.pl



