
Niedawno pisałem o tym, że umiera turystyka oparta na taniej energii i technologicznym optymizmie. Dziś chcę rozwinąć ten wątek z lotniczym zacięciem, bo to właśnie w powietrzu hipokryzja zielonej transformacji osiąga poziom niemal artystyczny.
Zielona obłuda w chmurach
Wszyscy zgodnie powtarzają, że era taniego latania się kończy. Sensacyjny tytuł z Forbesa, że „Era taniego latania się skończyła. Czyste lotnictwo szansą Europy” brzmi dumnie, jak manifest nowej epoki. Unia Europejska od lat przekonuje, że sektor lotniczy też zapłaci za emisje, a pasażer dla dobra klimatu wybierze pociąg albo zostanie w domu. Tylko że na największych lotniska kontynentu właśnie biją rekordy przepustowości, tanie linie ogłaszają miliardowe zyski, a rządy w pocie czoła projektują nowe betonowe pasy startowe jak nasz Port Polska, CPK. To gdzie kryje się zapowiadany kres tanich podniebnych podróży i zielona rewolucja?
Trujesz wiec płać
Kluczem do zrozumienia tej dwoistości jest unijny system handlu emisjami EU ETS. Powstał jako narzędzie klimatyczne, trujesz, więc płać. Lotnictwo włączono do niego w 2012 roku i od razu z taryfą ulgową, o jakiej energetyka węglowa może pomarzyć. Przez lata linie lotnicze dostawały ponad 80% uprawnień za darmo, a resztę mogły kompensować tanimi offsetami z drugiego końca świata. Dopiero teraz, Bruksela zapowiada stopniowe wycofywanie darmowych przydziałów od 2026 roku. Gdy elektrownia płaci pełną stawkę za każdą tonę CO₂, przewoźnicy wciąż mają ulgi i wyjątki. Do tego dochodzi mechanizm CORSIA obejmujący loty międzykontynentalne, który jest tak dziurawy, że wielu ekspertów nazywa go „zielonym listkiem figowym” bo linie lotnicze masowo kupują najtańsze, często wątpliwej jakości kredyty, a emisje rosną w najlepsze.
Turystyka leci pod prąd
W innych sektorach zielona presja działa naprawdę. Producenci samochodów dostali zakaz sprzedaży nowych spalinówek po 2035 roku. Dekarbonizacja ciepłownictwa i energetyki kosztuje miliardy i zmienia krajobraz gospodarczy. A co z lataniem? Unia postawiła na cudowne paliwo przyszłości, czyli SAF-y, czyli zrównoważone paliwa lotnicze. Obowiązkowe domieszki mają rosnąć z ledwie 2% w 2025 roku do 6% w 2030 i aż 70% w 2050 roku. Problem w tym, że dziś globalna produkcja SAF-ów pokrywa ułamek promila zapotrzebowania, a cena jest od trzech do pięciu razy wyższa niż zwykłej nafty. Mimo to rządy i organizacje branżowe rozpisują się o „czystym lotnictwie”, jakby Rafała Brzoskę już jutro można było wsadzić do elektrycznego airbusa na trasie Warszawa–Paryż.
Ekologia nie winduje ceny
Tu właśnie wyrasta przepaść między marketingiem a rzeczywistością ponieważ tanie linie lotnicze, które zbudowały swój biznes na maksymalnym wykorzystaniu floty i wyciskaniu kosztów, nie czekają na zieloną przyszłość, a ją ironicznie komentują. Szef Ryanaira wielokrotnie nazywał ETS „podatkowym skokiem na pasażera” i dodawał, że i tak wszyscy będą latali, tylko bilety zdrożeją o kilka euro. I dokładnie to się dzieje: ceny rosną, owszem, ale nie z powodu ekologicznych opłat tylko dlatego, że paliwo, praca i opłaty lotniskowe są droższe. Popyt jednak ani myśli spadać. W 2024 roku liczba pasażerów w Europie przekroczyła poziomy sprzed pandemii, a Ryanair i Wizz Air meldują rekordowe wyniki finansowe i zamawiają setki nowych, jeszcze oszczędniejszych, ale wciąż spalających naftę lotniczą samolotów.
Odlot turystyki regeneracyjnej
W Polsce ten rozdźwięk widać jak na dłoni. Z jednej strony oficjalna narracja o zielonej transformacji, trosce o klimat i turystyce regeneracyjnej, a z drugiej forsowanie gigantycznego projektu CPK, który ma być węzłem przesiadkowym dla milionów pasażerów tranzytowych. Budowa Portu Polska uzasadniana jest wzrostem ruchu lotniczego, którego ekologicznych konsekwencji nikt poważnie nie chce liczyć. Mówimy o porcie, który w pierwszej fazie ma obsługiwać 40 milionów pasażerów rocznie, a docelowo nawet 100 milionów. Tymczasem w tych samych ministerialnych gabinetach pisze się strategie i chwali odzysk ciepła z hamowania pociągów. Ironiczny obrazek to beton wylewany pod nowy pas startowy mieszający się z atramentem raportów ESG i GSTC
Elektryczny samolot
Jak to będzie dalej z tymi podróżami samolotowymi? Będzie drożej, ale i tłoczniej. Zielone certyfikaty, marketing i tytuły prasowe o końcu taniego latania sprawią, że pasażer przez chwilę poczuje się winny, po czym kliknie „kup bilet” na kolejny city break. Linie lotnicze przerzucą koszty ETS w cenę, dodadzą dobrowolną opłatę „eko”, a później odliczą to sobie od podatku. Transformacja lotnictwa jest tak powolna, że na pierwszy wodorowy samolot krótkiego zasięgu poczekamy pewnie do połowy lat 30., a na transatlantycką maszynę elektryczną poczekamy aż naukowcy wymyślą baterie, która waży mniej niż połowa samego samolotu.
Pociąg do samolotów
Tymczasem turystyka oparta na tanich przelotach wcale nie umarła tylko zmieniła jedynie makijaż. Obecne wzrosty cen biletów nie mają nic wspólnego z ekologiczną krucjatą, tylko z wojnami, inflacją, zerwanymi łańcuchami dostaw i chciwością monopoli. Pewnie za dekadę bilet z Warszawy do Barcelony może kosztować 300 zamiast 150 złotych, ale to nie zniechęci ani pokolenia Z nawykłego do weekendowych eskapad, ani korporacyjnych konsultantów śmigających między kontynentami. Lotniska będą puchnąć, a my staniemy w dłuższych kolejkach do bramek, czytając na smartfonach kolejny artykuł o tym, że „Unia nareszcie bierze się za emisje samolotów”.
Zielona transformacja lotnictwa
Finał tej opowieści jest więc okrutnie przewidywalny. Zielona transformacja lotnictwa pozostanie na długo deklaracją, podczas gdy realne cięcia emisji przyjdą najwcześniej wtedy, gdy ceny ropy drastycznie skoczą, ale nie z powodu unijnych dyrektyw. Dopóki tona CO₂ w ETS kosztuje mniej niż kilka kartonów dobrego wina, dopóty linie lotnicze chętnie ten rachunek zapłacą i dołączą go nam w cenie biletu. Turystyka lotnicza nie zginie tylko nauczy się tylko sprzedawać nam droższy bilet z przyklejonym zielonym listkiem, podczas gdy świat pod nami będzie się gotował. Zamiast pytać, kiedy skończy się era taniego latania pytajmy kiedy zacznie się era uczciwego latania, czyli takiego, które zapłaci pełną społeczną cenę za każdy kilometr w powietrzu. Ale odpowiedź na to pytanie jest tak niewygodna, że bezpieczniej będzie wybudować nowy terminal i zamówić reklamę z hasłem „Fly Green”.
Więcej turystycznie prowokujących do myślenia treści znajdziesz na stronie www.2ba.pl lub www.travel2.pl.
Autor: Agnieszka Nowak i Leszek Nowak



