Hotele w tranzycie

W latach sześćdziesiątych XX wieku pojawiły się w Polsce pierwsze zajazdy. W odróżnieniu od ówczesnych obiektów Europy zachodniej u nas można było je wtedy policzyć na palcach. Te najstarsze znajdowały się m.in. w Słowiku koło Kielc, Wyszkowie-  Rybienku, Mławie. Powstał też dziwny zajazd w Napierkach,  na granicy Mazowsza i  Mazur, w którym nie powstała nigdy… część noclegowa, był za to wspaniałym ambasadorem, swoistą bramą do krainy jezior.

Zajazdy mają już swoją historię

Nie ominęła zajazdów, szczęściem trwająca dość krótko epoka gigantomanii (przedstawiciel – Polichno koło Piotrkowa Trybunalskiego) i standaryzacji. Wtedy to uważano, że  przyszłością turystyki  staną się obiekty typowe. Przejawem tej typowości są wielkopolskie "gościńce". Autorzy ich nazwy  zapomnieli, że słowo gościniec, miało już wcześniej dwa znaczenia. Oznaczało  ono trakt kołowy a także podarunek przywieziony z podróży. Byli autorami nowego znaczenia słowa "gościniec". Trzeba przyznać, że choć były to obiekty typowe, to jednak rozwiązały w pewnym stopniu problem niedostatku miejsc noclegowych, a zwłaszcza gastronomicznych dla rodzącego się tranzytu turystycznego. Przyznać tez trzeba, że zadbano o odmienność otoczenia,  wystroju, a przede wszystkim o wyśmienitą, choć   jak na ówczesne czasy drogą, ofertę kulinarną. 

Po powołaniu nowych 49 województw, rozbudowa sieci przydrożnych zajazdów stała się ambicją nowych wojewodów, m.in. gorzowskiego, piotrkowskiego, a zwłaszcza pilskiego. W tym ostatnim województwie pojawiła się sieć identycznych zajazdów. Słowem "zajazd" szermowano wówczas zresztą na prawo i lewo: zajazdami nazywano przydrożne parkingi i restauracje, pozbawione części noclegowej, czym wywoływano dezinformację. To zjawisko pozostało do dziś.  Całą Polskę w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia pokryła też sieć  zajazdów turystycznych zbudowanych według typowych projektów, jakie można jeszcze dziś spotkać choćby w Pułtusku, Ostrowi Mazowieckiej, Sokołówku koło Ciechanowa, Stosłowicach koło Piotrkowa Trybunalskiego, na Kaszubach i w wielu innych punktach Polski. Były też i „zajazdy”, swoiste „chatki na kurzych nóżkach”, w których proponowano kiełbasę na gorąco i z reguły niewiele więcej.

W  stanie wojennym i tuż po nim, turystyka motorowa była bardzo ograniczona, m.in. ze względu na niedostatek paliwa, a  bardzo duża inflacja ograniczała rozwój turystyki w ogóle. Zdarzało się wówczas,  co piętnowała zresztą prasa, iż  z braku bazy i braku popytu ze strony zmotoryzowanych, w nielicznych zjazdach (podległych wtedy najczęściej terenowym przedsiębiorstwom organizowano wczasy, a także wczasy a nawet kolonie i obozy młodzieżowe. Ci nieliczni, dla których przeznaczono zajazdy, nie mogli często korzystać z ich dobrodziejstwa.  Pokoje zajazdu zajmowali uczestnicy kursów, a restaurację weselni goście lub mieszkańcy pobliskiej wsi przybywający na tylko tu dostępne piwo lub na dyskotekę.

Tranzytowa baza dziś

Wydawałoby się, że w dobie gospodarki rynkowej nikt nie marzy o standaryzacji. Przeciwnie właściciel każdego obiektu pragnie różnić się od konkurencji. Te zajazdy, które w ramach prywatyzacji odkupiono w spadku po byłych WPT poddano najczęściej intensywnym procesom modernizacyjnym, często rozmyślnie i różnymi zacierając ich pierwotną przynależność do dawnej grupy.

Inicjatyw w zakresie budownictwa turystycznego przy naszych drogach jest bardzo dużo i to napawa optymizmem. Zajazdy pojawiają się także przy bocznych drogach i oferują turyście nie tylko nocleg, wyżywienie lecz przede wszystkim coraz lepsze warunki wypoczynku. Czy są one jednak w pełni dostosowane do potrzeb. Czy ich właściciele mają receptę na przetrwanie i rozwój w sytuacji, gdy główny ciężar ruchu przejmie pobliska autostrada. Czy potrafią wówczas skusić podróżnych ciekawą oferta i przekonać, że  mimo wszystko warto pewien odcinek trasy przejechać dawną drogą lub zboczyć z trasy. A przecież przekonywać mogą tylko część dotychczasowych klientów: z  takiej oferty nie skorzystają kierowcy TIR-ów.

Tymczasem pewnym niebezpieczeństwem, zagrożeniem dla oczekiwanej przez turystów różnorodności, jest ponowna tendencja do upodabniania się przydrożnych obiektów, zwłaszcza powstających przy autostradach. Podobieństwo może wykluczyć możliwość, aby te obiekty stawały się atrakcjami samymi w sobie.

Wady i zalety bazy przydrożnej

Zaletą bazy dla turystów tranzytowych jest jej rozmieszczenie. Przy wielu szosach można spotkać restauracje i zajazdy nawet częściej, niż w krajach  zachodniej Europy. Nie dotyczy to jednak autostrad, tam odległości miedzy tymi8 obiektami są często za duże. W przypadku innych dróg, typowe dla Polski zjawisko polaryzacji bazy noclegowej, a zwłaszcza gastronomicznej nie omija bazy dla turystyki tranzytowej. Występuje albo baza tania (często o bardzo niskim poziomie),   albo też wygodna, często jednak zbyt droga, a nawet nadmiarem luksusu odstraszająca turystów zmęczonych podróżą.

Częstą wadą  zbyt bliskie położenie zajazdów przy szosach, przez co zmęczeni turyści nadal słyszą  hałas z drogi i zmuszeni są wdychać spaliny. Brakuje choćby naturalnego ekranu z zieleni. Bardzo często też okna z pokoi hotelowych wychodzą na szosę, zamiast na pełne zieleni zaplecze.

Przy wielu „tańszych” zajazdach brakuje strzeżonych parkingów, te które są, mają często zniszczoną nawierzchnię lub jest to nawierzchnia  gruntowa, przez co powstaje kurz, wzniecany  przez pojazdy. Źle odbierany jest zwyczaj pobierania opłat za parkowanie pojazdów od gości  hotelowych. W zajazdach nie ma (choć coraz rzadziej)  podstawowych urządzeń dla kierowców. Należy umożliwić kąpiel  (za opłatą) także tym, którzy nie nocują w zajeździe.

Gastronomia w zajazdach coraz lepsza, ale…

Gastronomia w obiektach przydrożnych powinna być szczególnie dostosowana do potrzeb gości, odmiennych od tych, jakie mają turyści przybywający do restauracji w mieście.  Tymczasem oferta bywa niedostosowana na przykład do pór roku.  Latem przy upale, potrzebne są miejsca konsumenckie na świeżym powietrzu, gwarantujące  jednak ciszę i chroniące przed deszczem. Kierowcy chętnie konsumują stojąc i  to też trzeba przewidzieć. Stoliki często usytuowane są w bezpośrednim sąsiedztwie szosy- z pewnością po to, by było je lepiej widać z daleka. Turyści nie chcą i nie muszą spożywać posiłków w słońcu, hałasie i kurzu i po prostu omijają taki obiekt, wybierając bardziej przyjazną, nawet droższą konkurencję.  Jakże  często nie wykorzystuje się dobrodziejstwa, jakie daje usytuowanie obiektu. Trudno sobie to wyobrazić, ale najpiękniejszy widok (na miasteczko, las, góry, jeziora)  rozpościera   się z … kuchni.  A przecież dla wielu gości choćby oferta kawy lub spożycia większego właśnie  na widokowym  tarasie, jest argumentem podstawowym do wyboru zajazdu X.

Oferta naszej gastronomii przydrożnej, choć coraz bogatsza, nadal budzi zdziwienie brakiem potraw lekkostrawnych, jarskich, mlecznych i dostosowanych do pory roku i pory dnia. Proponowanie tylko bigosu lub pełnych dań obiadowych o godzinie 5 rano wzbudza zdziwienie i często nie wzbudza zainteresowania.

W niektórych obiektach przydrożnych gastronomia nie pracuje całą dobę, co jest szczególnie dotkliwe  dla turystów nocujących, którzy z różnych powodów planują wyjazd wcześnie  rano. Wówczas to goście zmuszeni są do przekraczania przepisów i sami przygotowują sobie kawę a nawet gorącą zupę w pokojach. Dotyczy to też kolacji o nietypowych nocnych porach. Wiedząc o takich obyczajach  goście często wybierają inny obiekt.  Nieliczne obiekty przygotowują prowiant na drogę- ale to już osobny temat.

Przyjazd nie zapowiedzianej grupy tranzytowej i chęć szybkiego spożycia posiłku w wielu obiektach przydrożnych wywołuje zakłopotanie, a goście  zmuszeni są do długich oczekiwań. Można już jednak  spotkać i takie zakłady, które  reklamują się właśnie i tym,  że zdolne  są do obsłużenia nie zapowiedzianej grupy w ciągu 20- 30 minut.

W niepamięć odchodzi brak czystych i w pełni sprawnych urządzeń sanitarnych, rzadkością jest prysznic, przydałyby się sauny. Kabiny prysznicowe, jeśli już istnieją, są bardzo małe i nie funkcjonalne, z reguły turysta nie ma gdzie położyć swoich rzeczy i wygodnie przebrać się. Źle widziane jest pobieranie opłat za korzystanie z toalety przez gości  zajazdu.

Ku przyszłości

Liczba inicjatyw służących turystom tranzytowym będzie z pewnością z każdym rokiem zwiększać się.  W ostrej konkurencji pozostaną te najlepsze, najbardziej odpowiadające potrzebom i gustom podróżnych. Zajazdy są nie tylko wizytówką  swoich właścicieli, ale także wizytówką regionów, w których funkcjonują.  Pobyt w nich i zadowolenie może zaowocować kolejnymi pobytami, przekazywaniem pochlebnej opinii innym a nawet zainteresowaniem regionem, w którym gospodarze  stwarzają tak dogodne warunki wypoczynku.

Jan Paweł Piotrowski

Podziel się tą wiadomością ze znajomymi:

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *