Węgrzy zwykli nazywać Pecz zadunajską krainą pokoju. I choć burzliwa historia miasta weryfikuje całkowitą słuszność tych opinii, to trudno dziś o drugie takie miejsce, gdzie jakiekolwiek podziały wydają się tak bardzo nierzeczywiste.
Taki jest dzisiejszy Pecz. Poza granicami, obojętny na piętno przeszłości, po której pozostały chrześcijańskie kościoły, tureckie meczety i synagogi. Kiedyś świątynie różnych religii rywalizowały ze sobą o dominacje nad miastem, dziś współistnieją w idealnej harmonii. Wojna bałkańska również przygnała tu swoje dzieci. Obok Serbów, Chorwatów i Bośniaków do miasta, nadal zjeżdżają mniejszości narodowe z całej Europy m.in. Polacy, Niemcy, Ukraińcy i Cyganie.
Meczet paszy Hassana Jakovalia to jedyny na Węgrzech meczet, który pozostał nienaruszony wraz z minaretem. Wzniesiony w XVI w. poza murami miasta, zaraz po okupacji tureckiej miał zmienić swe oblicze na barokową kaplicę świętego Jana Nepomucena. Ponoć ówczesny biskup Peczu, chciał zatrzeć wszelkie ślady otomańskiej spuścizny, nie zdobył się jednak na całkowite zniszczenie świątyni. Chciał ją raczej ukryć, łącząc z budynkiem parterowego szpitala. W ten sposób meczet miał udawać, że go tu nigdy nie było. Dopiero po renowacji w 1956 r. meczet przybrał swój dawny wygląd, choć nadal ukrywa się pomiędzy kamienicami stojącymi przy biegnącej obrzeżami Starego Miasta Rakocziut. Obecnie we wnętrzu świątyni można obejrzeć wystawę artefaktów z czasów tureckiej okupacji.
Barbakan należał do całego systemu obwarowań Pałacu Biskupiego. Miały one bronić miasto przed nadciągającymi z południa Turkami. Pewna lokalna opowieść mówi, że w 1498 r. legendarny węgierski generał Pal Kinizsi zadrżał nad stanem fortyfikacji miejskich. Zaśmiał się tylko złowieszczo po czym powiedział, że jeżeli mury nie zostaną wzmocnione to wojska nieprzyjaciela przeorają miasto mieczem i zasypią popiołem. Po jego przestrogach od razu wzięto się za prace przy budowie gotyckiej wierzy. Wzmocniono również zachodnią część miasta wysokim murem obronnym.
Katakumby wczesnochrześcijańskie to najdroższy skarb Peczu. Wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, stanowią największe tego typu znalezisko poza granicami Włoch. Jest zresztą coś śródziemnomorskiego w Peczu. Zauważyliśmy to wędrując podziemnymi korytarzami wśród grobowców późnorzymskich, zdobionych malowidłami przedstawiającymi sceny biblijne. Również Rzymianie przyjeżdżający pod koniec III w. czuli się tu jak w domu. Nawetnafolderachturystycznychczytamy: „Indeed, is there any Hungarian city that is more Italian than Pecs?”. Sopianae – tak Rzymianie nazwali to miejsce, czyniąc zeń stolicę Valerii – dzielnicy powstałej z podziału Rzymskiej prowincji o nazwie Panonia.
Katedra św. Piotra i Pawła w metafizycznej powadze góruje nad Dom ter. Jej fundamenty zostały położone już w IV wieku podczas rządów Cesarstwa Rzymskiego. Pierwotna świątynia znajduje się obecnie pod post-romańską katedrą, która ledwo przetrwała okres okupacji tureckiej. Wchodzimy do kościoła przez winną bramę i od razu doznajemy religijnego zawrotu głowy. Wnętrze katedry zdobią niesamowite freski KarolyaLotza i BertlanaSzekelya. Na Węgrzech czegoś takiego nie zobaczymy nawet w katedrze św. Macieja w Budapeszcie. W kryptach kościoła zorganizowano wystawę poświęconą życiu papieża Jana Pawła II, który w 1991 r. nadał kościołowi tytuł bazyliki mniejszej. Wśród zdjęć szczególną uwagę wszystkich zwiedzających zwraca zdjęcie Karola Wojtyły z karabinem typu "Mauser", zrobione podczas szkolnej musztry wojskowej. Siwowłosa węgierka obsługująca wystawę od razu rozpoznaje skąd jesteśmy i pozdrawia serdecznym „szczęść Boże”.
Kaptalanutca to ulica zabytkowych kamienic mieszczących muzea węgierskich mistrzów sztuki współczesnej takich jak EndreNemes czy Victor Vasarely. Koniecznie trzeba zajrzeć pod numerek 4, gdzie mieści się muzeum drogocennych porcelanowych elementów zdobniczych wytworzonych w eleganckiej fabryce zamożnej rodziny Zsolnay. Małe cudeńka w różnych kształtach i kolorach wyglądają jakby były zrobione z opalizującego szkła. Ponoć od 1853 r. fabryka Zsonlay wyprodukowała aż 3 miliony takich porcelanowych dzieł sztuki.
Na Jókai ter popołudniami panuje atmosfera lekkiego rozgardiaszu, który jednak jest zbyt delikatny by dać się łatwo zauważyć. Wielu sławnych mieszkańców Peczu wynajmowało pokoje w tej części miasta. W istniejącej od początku XIX wieku restauracji Biały Słoń nadal spotykają się całe rodziny i grupki studentów. Słychać tu różne, dla niewprawionego ucha nierozpoznawalne języki – węgierski, chorwacki, serbski. Śmiech dziewczynek kąpiących się w fontannie sprawia, że miejsce to staje się dla mnie nieco dziecięce i nieco bajkowe. Wrażenie dopełniają kolorowe kamieniczki, porozstawiane wzdłuż lokali donice z kwiatami i zapach papryki dobiegający z wnętrz restauracji. Symbolem całego Jokai ter jest umieszczony na północno-zachodniej stronie kamienicy nr 6 słoń, od którego nazwano cały kompleks budynków elefantos.
Plac Szecheyiego to główny plac miasta. Tutaj najbardziej można odczuć śródziemnomorską atmosferę. Pecz jest zresztą najbardziej południowym miastem Węgier. Nie tylko w sensie geograficznym, ale przede wszystkim duchowym. Prawdziwie egzotycznym zabytkiem jest charakterystyczna bryła meczetu paszy GaziKaseema z XVI w., który został wzniesiony z kamieni zburzonego przez Turków gotyckiego kościoła. Obecnie świątynia ponownie służy chrześcijańskim wiernym jako Kościół Śródmiejski. Akwamarynową kopułę wieńczą współistniejące ze sobą dwa symbole religijne: katolicki krzyż i turecki półksiężyc – to prawdziwy unikat w tej części Europy. Z tarasu przed świątynią roztacza się niesamowity widok na cały plac. Można by z niego przeprowadzać lekcje historii sztuki. Jest tu secesyjny ratusz, eklektyczna kamienica byłego Banku Oszczędnościowego i barokowy klasztor Jezuitów.
Wieczór przy lokalnym winie najlepiej spędzić w jednej z restauracji na ulicy Kirlay. Trzeba się spieszyć, bo lokalne winnice powoli ustępują miejsca osiedlą, które pną się coraz wyżej otulających Pecz gór Mecsek.
Peczańska elegancja. Przy południowej części placu Szecheyiego znajduje się prawdziwa perełka – fontanna, której najważniejsze elementy zostały wykonane z zielono-złotej powłoki ceramicznej. Po jej dwóch stronach dostrzegam znany już emblemat. To symbol fabryki Zsonlay, co oznacza, że ornamentowe zdobienia pochodzą właśnie stamtąd. Kiedyś znajdowała się tutaj turecka studnia. I trzeba przyznać, że duch orientu drzemie gdzieś zaklęty w tym miejscu. Z placu wydostać się można uliczką Kirlay, przy której znajdują się luksusowe sklepy, pięciogwiazdkowe hotele i klimatyczne kawiarnie. To uliczka elegancji i dobrego smaku. I kolejna z galerii kreatorów Zsonlay. Alegoryczne ornamenty zdobią między innymi fasady domu rodziny Vasvary czy neo-renesansowego Teatru Narodowego. W upalne dni najbardziej zatłoczonym miejscem jest odbiegający od promenady plac teatralny (Szinhaz ter). Fontanna i cień teatru dają tu upragnione ochłodzenie.
Tekst i foto: Bogumił Strączek



