Nasza Vistula, jak zapisywano onegdaj nazwę polskiej rzeki w języku łacińskim, liczy sobie 1047 km. Akurat tyle, żeby samochodowe wyprawy wzdłuż jej linii brzegowej zaplanować na pięć wakacyjnych weekendów. To propozycja przemieszczenia się do punktu startowego w piątkowe popołudnie, by następnie od sobotniego poranka do popołudniowych godzin niedzieli na odcinku średnio dwustukilometrowym raczyć się widokami Wisły i miast, przez które przepływa.
Podzielmy całą trasę na 5 odcinków, innymi słowy – na 5 weekendów. Zatem: 1)od źródła (Barania Góra w Beskidzie Śląskim) do Krakowa, 2) z Krakowa do Sandomierza, 3) z Sandomierza do Warszawy, 4) z Warszawy do Torunia, no i 5) z Torunia do Gdańska.
W zależności od tego, jakie są upodobania podróżników, Wisła stanie się pretekstem różnych obserwacji. A tych niewątpliwie jest bez liku.
Dla jednych będzie to obserwowanie wszelkich form aktywności wodnej związanej z rzeką i korzystanie z nich, zwłaszcza podczas długich i ciepłych letnich dni. Ci, wysiadłszy z auta, mogą liczyć na minispływy kajakowe, krótkie rejsy po Wiśle, pokazy ratownictwa wodnego, koncerty, wystawy, a nawet plażowanie w miejscach do tego przystosowanych.
Będą zapaleni przyrodnicy. Dolina rzeczna Wisły przebiega przez wiele parków krajobrazowych i kompleksów leśnych. Ileż tu podniet dla podsłuchujących ptaszki, podglądających stan wód (m.in. zbiorniki na Wiśle), tropiących roślinność i deltę na Żuławach.
Liczę też na pasjonatów historii zaklętej w miastach i miasteczkach, w zamkach, twierdzach, muzeach, szukających na swej drodze architektonicznych perełek.
Są wreszcie tacy – i to chyba ten największy target – którzy w sposobie na „oswajanie Wisły” połączą wszystkie elementy nadwiślańskich atrakcji. Zobaczą, powąchają, usłyszą, zwiedzą, zamoczą… doświadczą!
Naturalnie miasta – punkty docelowe to już osobne wyprawy w głąb i wszerz, poza przyjętą tu konwencją przemieszczania się z nurtem rzeki. Bo zarówno dla Krakowa czy Warszawy – na wyłączność – jeden weekend to o wiele za mało!
Dlaczego więc upierać się przy wakacyjnym wątku, umownie tu nazwanym, „z biegiem Wisły”?
Z powodów czysto sentymentalnych i patriotycznych. Przeważnie w skojarzeniach stanowiących rdzeń metafor czy symboliki, Wisła jawi się jako desygnat naszego narodowego życia. O Warszawie mówi się, że jest sercem Polski, o Wiśle – jak o układzie krwionośnym polskich ziem. Gałczyński dowcipnie mówił o niej „dyrektorowa naszych rzek”. Ale od dziecka przychodzi nam mierzyć się z wiślaną legendą i trochę nie w porządku, że konfrontacja z odwiecznym mitem polskiej narodowej rzeki tak rzadko staje się ofertą trasy turystycznej.
Żeby przejechane wzdłuż Wisły kilometry, z równolegle poznaną historią rzeki, miały w naszej pamięci miejsce uświęcone patosem, warto przed zasypianiem – gdzieś w nadrzecznym schronisku czy hoteliku – sięgnąć po zręby literatury. Począwszy od Konrada Celtisa, niemieckiego humanisty żyjącego na przełomie XV i XVI wieku, który przepłynął się Wisłą z Krakowa do Gdańska, co uwiecznił w elegii „Do Wisły”, poprzez legendę o Wandzie, sielankowe poetyckie obrazki z rzucaniem na Wisłę wianków, tęskne westchnienia do rzeki romantyków na emigracji, „Kwiaty polskie” Tuwima i „Wisłę” Żeromskiego – popłyną słowa literackiej opowieści. A tym samym sens naszej podróży wzdłuż rzeki nabierze… jeszcze więcej sensu.
Ewa Matyba



