Biuro podróży: rekreacja czy kreacja?

Gdy wakacjom już nogi widać…  zapraszamy do Nibylandii!
Można już chyba oficjalnie ogłosić, że wielkimi krokami zbliża się lato. Za niespełna trzy miesiące opustoszeją ulice miast, dziś jeszcze gwarne i zatłoczone. Jednak zanim tak się stanie, biura podróży przeżyją prawdziwe oblężenie głodnych wakacji klientów. Podczas gdy my – potencjalni klienci, niechętnie godziliśmy się z myślą o zmianie czasu na zimowy, agencje turystyczne rozpoczynały akcję „lato 2010”. Skutkiem tego, już w listopadzie, w siedzibach biur, na półkach i stolikach, obok katalogów zima 2009/2010 dumnie prężyły się katalogi z ofertami na lato. Tymczasem w niedalekiej przyszłości, nośne w ostatnich miesiącach hasła, takie jak „Im szybciej, tym taniej” (ITAKA), zastąpione zostaną, równie kuszącymi ofertami last minute. Jednym słowem, o każdej porze roku biura podróży mają dla klientów propozycje z gatunku tych „nie do odrzucenia”. Kto jest bowiem w stanie oprzeć się obietnicy cudownych i tanich wakacji? Kluczowa wydaje się kwestia, w jakim stopniu biura podróży są w stanie zrealizować te obietnice i sprostać oczekiwaniom klientów, które rosną wprost proporcjonalnie do atrakcyjności oferty?

Biuro podróży a kampania wyborcza, czyli kilka słów o marketingu w turystyce

Wiosna, jako okres poprzedzający wakacje, to czas, w którym rozmaite instytucje, działające w sektorze turystyki, intensyfikują swoje działania marketingowe. Prym w obiecywaniu urlopowych kokosów wiodą biura podróży. Problem pojawia się wtedy, gdy kokosy okazują się plastikowe, a wakacyjne marzenia pozostają nadal tylko marzeniami. Przedwakacyjny marketing biur podróży przypomina kampanię wyborczą. Cząstka raju woła do nas (a właściwie przywołuje nas!) z radia, telewizji, prasy, billboardów, katalogów, ulotek. Słońce, lazur morza, który można porównać chyba tylko z błękitem nieba, palmy, drinki z parasolką, uśmiechnięci tubylcy i opaleni turyści, no i oczywiście specjalne zniżki – oto główne elementy programu wyborczego, którym biura podróży za wszelką cenę starają się nas uwieść, by zdobyć nasze poparcie w wyborach urlopowego pośrednika.

Gdzie jest świat z katalogów i billboardów?

Z biurami podróży wiążą się dwojakiego rodzaju niebezpieczeństwa. W obu przypadkach musimy sobie otwarcie powiedzieć, że daliśmy się zwieść iluzji. Pierwsze z nich to biuro-bankrut. W 2009 roku biuro podróży Kopernik wysłało turystów do Egiptu i Tunezji, nie opłaciwszy ani ich przelotu, ani pobytu w hotelu. W ściągnięciu Polaków do kraju zaangażował się Mazowiecki Urząd Marszałkowski. W dniu ogłoszenia przez biuro upadłości, kolejne osoby miały rozpocząć wyśnione wakacje w Afryce. Zamiast planowanego lotu do Hurghady, niedoszli urlopowicze musieli na własną rękę złapać autobus do domu. Za sprawą nieuczciwego biura podróży, jego klienci, którzy wylecieli przed ogłoszeniem upadłości, przez klika dni byli uwięzieni w „raju”, czekając aż zostanie zorganizowany ich powrót do Polski. Inni,nie mieli nawet szansy konfrontacji świata z katalogu z rzeczywistością, bo jedyne, co zobaczyli, to samolot odlatujący do Egiptu, ale bez nich na pokładzie.
Drugi rodzaj niebezpieczeństwa to idealizacja rzeczywistości dokonana przez specjalistów od marketingu, która może skutkować naszym rozczarowaniem. Walczące o nasze zainteresowanie biura, głoszą za pośrednictwem rozmaitych mediów, że „inspirują je marzenia” (ITAKA) czy też, że „pokażą nam miejsce, gdzie jak sen mija dzień” (TUI). Jednym słowem, bazują na tęsknocie człowieka za rajem oraz na pragnieniu idealnego wypoczynku. Katalogi zawierają piękne, kolorowe zdjęcia, barwne opisy miejsc i czekających na turystę atrakcji. Problem w tym, że biura podróży tworzą iluzję, której rzeczywistość nie zawsze jest w stanie dorównać. Nadmuchują balon oczekiwań, retuszując i idealizując świat realny. Należy tu rozgraniczyć dwa rodzaje deziluzji. W pierwszym przypadku wina leży po stronie biura podróży. Chodzi o sytuacje typu „od hotelu pięciogwiazdkowego do placu budowy”, kiedy okazuje się, że biuro zapomniało poinformować nas, że hotel będzie gotowy do przyjęcia gości najwcześniej za 2 lata, a póki co, zamiast rajską oazą spokoju jest królestwem betoniarek, wiertarek i szlifierek. W drugim zaś przypadku, pozostaje nam uderzyć się w pierś i powiedzieć mea culpa, bo sami, na podstawie informacji dostarczonych przez biuro, tak bardzo podsyciliśmy własne oczekiwania, że żadne miejsce na świecie nie będzie w stanie im sprostać. Zanim więc zaczniemy narzekać na biura podróży, przypomnijmy sobie, że funkcjonują one w ramach rynku turystycznego i jako jego składnik rządzą się zasadami marketingu.

Na własną rękę czy z pomocną dłonią biura podróży

Według statystyk opracowanych przez Instytut Turystyki, w porównaniu z ubiegłymi latami, w Polsce wyraźny jest wzrost liczby turystów korzystających z usług biur podróży. Jeżeli sprawdzą się prognozy, tendencja wzrostowa utrzyma się co najmniej przez dwa kolejne lata. Podobne trendy obserwuje się na rynkach zagranicznych. Dlaczego mimo czyhających na nas niebezpieczeństw najczęściej decydujemy się na wykupienie wycieczki w biurze podróży? Odpowiedź jest prosta: z biurem jest łatwiej, szybciej, taniej, ktoś przejmuje na siebie cały ciężar organizacyjny oraz zapewnia nam poczucie bezpieczeństwa (m.in. opiekę polskojęzycznego rezydenta na miejscu). Wszystko zależy oczywiście od indywidualnych preferencji.
Zgodnie z maksymą, że lepiej dmuchać na zimne, warto przed wyjazdem sprawdzić, czy dane biuro podróży posiada zezwolenie na prowadzenie działalności (wydawane przez wojewodę), czy jest wpisane do Centralnego Rejestru Zezwoleń Organizatorów Turystyki i Pośredników Turystycznych oraz, czy jest zrzeszone w Polskiej Izbie Turystyki. Gdy upewnimy się, że nie mamy do czynienia z ani fikcyjnym biurem, ani biurem-bankrutem możemy spokojnie pakować walizki i ruszać w świat.


Agnieszka Nadzieja Bąkowska

Podziel się tą wiadomością ze znajomymi:

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *