Mamy wreszcie gospodarkę rynkową i rynek konsumenta. Wydaje się, że hasła znane z PRL typu "klient ma zawsze rację", "nasz klient- nasz pan" straciły na aktualności, a pozytywny stosunek do klienta – jeśli nie wynika z samego zadowolenia z pracy i miłości bliźniego – to po prostu wymusza rynek i zdrowy rozsądek. Czy tak jest wszędzie?
Obserwacje dokonane w ruchliwych nadmorskich miejscowościach w czasie minionego lata, prowadzą niestety do wniosku, że nie wszystko zmieniło się. Mimo tak wielkiej konkurencji nadal można było spotkać się ze zmanierowanym personelem niektórych (powtarzam- niektórych !!!) sklepów czy zakładów gastronomicznych. Kwaśne miny "smutnego czegoś" personelu, częste przypadki opóźnionego otwierania obiektów handlowych i gastronomicznych (zwłaszcza, gdy w pobliżu nie było właściciela) rzutują na opinie nie tylko o pojedynczych placówkach ale i całych miejscowościach.
Oto co zanotowałem m.in. bywając w nadmorskich sklepach, kawiarniach i barach:
– "idź pan, sam sobie zmień te dwadzieścia złotych" – to do starszego pana, który przyszedł po chleb,
– "trzeba było od razu mówić" – to wypowiedź tonącej w makijażu ekspedientki do klienta, który kupił już dziesięć rzeczy, a przypomniał sobie o następnej,
– "nie widzi pani, która godzina" – to staruszki, która przybyła trzy minuty przed otwarciem sklepu,
– "to, co widać".- odpowiedź na pytanie "co Państwo polecają", także w sklepie.
Kwaśna mina wobec klienta który zamówił tylko kawę, niecierpliwość wobec osób wahających się przed decyzja o wyborze potrawy, „znikanie” personelu i konieczność wydawania okrzyków „halowo, halowo, jest tu kto”.
Bywało, że klienci "przeszkadzali" personelowi w miłych pogwarkach jakie toczył między sobą, a goście (także zagraniczni) musieli odczekać przy stoliku zanim Pani Kelnerka skończy prywatną przedłużającą się pogawędkę telefoniczną. Krajowcy, bez potrzeby podsłuchiwania, dowiedzieć się mogli natomiast z tej rozmowy m.in. o tym, co personel sądzi o swoim szefie, który może mu […] – wykreślone przez redakcję
Widok klientów oganiających się od os, najlepiej swoją aktywnością świadczących o smakowitości drożdżówek z jagodami czy mniej smakowitej, gdyż "zieleniącej się" wędliny w sklepach wiejskich (w miejscowościach nieco odległych od brzegu Bałtyku) był na porządku dziennym. Tymi samymi rękami nakładano tam często wędliny, ser i pobierano pieniądze, "zapominając" dość często korzystać z kasy fiskalnej. Tuż za nią zobaczyć można było kartki papieru z kolumnami pieczołowicie dodawanych cen. Wszystkiemu winni klienci. Rzadko protestowali, pamiętając jeszcze minione lata. A przecież wystarczyło jednak wyjąć choćby… kartę rowerową i już kasa fiskalna szła w ruch. Cóż, z dawnych lat pozostał strach przed urzędowymi osobami.
Nadal w niektórych zakładowych, a obecnie przecież ogólnodostępnych ośrodkach wczasowych, można było zobaczyć tabliczki z zakazami wstępu "dla obcych", przez nikogo nie respektowanych, tym bardziej, że sąsiednia tabliczka zapraszała wszystkich do kawiarni… właśnie w tym ośrodku. Uśmiech na ustach, ale i politowanie wzbudzała nazwa baru "Non Stop" w Z., pod szyldem którego przytwierdzono mosiężną tabliczkę "czynny w godz. 14- 22".
Wszystko to niestety, to nie bajki. Rynek, rynkiem, dawne nawyki zakorzeniły się (o dziwo też wśród młodych), chamstwo pozostaje zwykłym chamstwem, a głupota- głupotą. Jak długo takie "pozorne drobiazgi" wpływać będą na opinię o Polsce. A przecież pracownicy setek firm włożyli ogromny wysiłek, by zapewnić wysoką jakość usług i… dobrze zarobić.
Ale to chyba też wina klienta, który to wszystko toleruje. A przecież ludzie na wczasach nie lubią się denerwować…
I proszę, aby nie pojawiały się komentarze typu „stary, wyluzuj”.
Jan Paweł Piotrowski



