
Od kilkunastu lat jeżdżę wypoczywać na Kaszuby. Zakochałem sie w pejzażach, rybnych jeziorach i grzybnych borach. Ostatnie kilka lat celem moich podróży z przyjacielem Jerzym Detko stało sie nadleśnictwo Przymuszewo w pobliżu Leśna, Dziemian i Chojnic. Nazywaliśmy to miejsce rajem, ze względu na urodziwy park, uroczy staw w dolinie, rybny i przyjazny. Tam się wypoczywało i faktycznie pośród rozśpiewanego ptactwa można było odlecieć w pełnię zachwytu. Zamieszczam poniżej kilka zdjęć- bo ten krajobraz już nie istnieje, większości drzew nie ma. Wyrwane często z korzeniami leżą na ziemi.


Przyjechałem na miejsce niecały tydzień po nawałnicy. To co zobaczyłem po drodze nie da się opisać, bo przekracza ludzką wyobraźnię. Leżące pokotem drzewa połamane u nasady jak zapałki w miejsce lasu. Drogi już były przejezdne, ale Armagedon zrujnowanego lasu przygnębiał. Hałasował potężny agregat obsługujący Nadleśnictwo Przymuszewo, warczały piły spalinowe usuwające skutki nawałnicy, ale gdy na drugi dzień awarii uległ agregat, uderzyła nas z Jurkiem złowroga cisza. Uzmysłowiliśmy sobie, że zniknęły wszystkie ptaki, jakby zdmuchnęło całą orkiestrę i to było dobijające, bo dotarlo do nas, że spustoszeniu uległa też flora.
Relacje miejscowych były lapidarne i krótkie. Nie było huku, piorunów – zrobiło się jasno, trwało to kilkadziesiąt minut i zniknął las, który rósł niemal 100 lat.
Straty ludzkie (rodziny bez dachu nad głową, 6 ofiar śmiertelnych, wielu rannych, też w trakcie akcji ratunkowej )to nie do opisania.
W niektórym miejscach potrzebna jest na nowo elektryfikacja, mówi sie, że prąd tam to jeszcze kwestia kilku tygodni.
Ten fotoreportaż – zdjęcia moje oraz Pawła Rakocza i Tomasza Bednarczyka tylko w przybliżeniu oddają grozę kataklizmu.
Paweł i Tomasz zebrali wśród przyjaciół rzeczy mogące nieść pomoc poszkodowanym i przybyli jako wolontariusze – licząc, że jako wyspecjalizowani alpiniści od praz na wysokościach pomogą poszkodowanym, choćby łatając dachy. Spotkaliśmy ich pod sklepem w Przymuszewie pytających, czy nie wiemy komu może być potrzebna pomoc. Świadczy to niestety o ty, że nawet tydzień po nawałnicy nie było koordynacji i sztabu zarządzającego kryzysem. Ich refleksje poniżej.
Relacja wolontariuszy ze Szczecina – profesjonalna firma alpinistyczna Climbers: Paweł Rakocz i Tomasz Bednarczyk
Wyruszyliśmy w piątek 18.08.2017 ok godz 20:00. Mieliśmy 2 godziny wcześniej, ale coś chyba za mało rzeczy przygotowałem. Zrzuciły też się inne osoby do tej wyprawy na łącznie 600 zł. Do tego czasu jeszcze na ostatnią chwilę pożyczyłem choćby agregat prądotwórczy, skoczyliśmy po jakieś drobiazgi do sklepu i po paliwo do kanistrów. Na wysokości Stargardu zaczęła się burza i opady deszczu, towarzyszyły nam di Człuchowa. …Plan był taki, że dojeżdżamy o północy i możemy coś robić, ale już mieliśmy obsuwę. Docelowo z sołtysem umówiliśmy się na 7:00. Nocowanie w Człuchowie. Dopiero dosłownie po przekroczeniu tablicy miasta, za Chojnicami, powoli wyłania się widok zwalonych drzew. W Leśnie tak naprawdę nie było nic dla nas, prace porządkowe. Chodzimy po drzewach i dachach, szkoda tego nie wykorzystać. W końcu ktoś przekazuje nam kontakt do Wysokiej Zaborskiej. Dołączył do nas tam mój kuzyn Łukasz Sajnaj. Na miejscu możemy pomóc łącznie naprawić lub w większym-mniejszym zakresie załatać 3 dachy i ściąć lub usunąć zagrożenia 4 drzew + 1 pociąć. Rozdaliśmy kilka rzeczy jakie wzięliśmy ze sobą. Na miejscu wczesnym popołudniem pojawiło się kilka osób z jakiejś tam organizacji OSA (opozycja rządu). Połowę czasu gadali, nagrywali, połowę robili. Jak ich posłuchałem to brzmiało jak agitacja komunistycznego czynu społecznego w wersji light. Pojawili się też harcerze z ZHR z Warszawy, ale nie mając za wiele do roboty udali się dalej. Pojawiło się też co najmniej 5 dobrych wozów terenowych Straży, nie wiem po co, ale pokręcili się i pojechali dalej. (Takie zachowania chyba denerwują ludzi, tak jak to, że kilka dni wcześniej przyjechali strażacy z Warszawy i nie mieli drabin czy nie potrafili się zabrać do prostych rzeczy. ) W wiosce nie mieli prądu. Był jakiś czas agregat wojskowy, ale wieczorem zabrali. Rozdali za to nowiutkie, małe, chyba od Straży, ale nie wiedzieli czy są na benzynę, czy olej. Na koniec Tomek zabrał się za jedno drzewo, bo ochotnicy „pilarze” popatrzeli i nie wiedzieli jak je ugryźć, w dodatku nie umieli przypilnować naciągnięcia łańcucha czy dobrze w ogóle tego zrobić… Przed godziną 20 ruszyliśmy dalej by poszukać jakieś miejscowości, ale już kluczyliśmy do zmierzchu ślepo. Drogi generalnie przejezdne. Prąd w większości był, jeżeli nie z sieci to agregatów. Chyba jakimś niedosytem był brak informacji gdzie są jakieś zabudowania gdzieś na uboczu, by zajrzeć i pomóc. W drodze ku noclegowi w Leśnie zajechaliśmy ponownie do świetlicy by zdać co nam zostało. Dostaliśmy zupkę i podziękowania. Powrót do Człuchowa, rano do Szczecina. Ogólnie niedosyt spowodowany tym, że nie mogliśmy pozyskać informacji gdzie jeszcze coś można zrobić.
Jarosław Janowski-Smoliński





















































































