Los, a tak konkretnie – delegacja służbowa, zrządziły, że znalazłem się nad ranem w niewielkim mieście. Trzymałem pod ręką kolorowy folder wyposażony we wszystkie możliwe epitety, chwalące pod niebiosa owo miasto, a zwłaszcza jego władze. Gościnni, przyjaźni, przychylni, otwarci… Właśnie „otwarci”, ale tylko w pewnych godzinach.
Choć to była godzina 9 bufet na dworcu był zamknięty, a toaleta miała być otwarta od godziny 10. Czynne były pobliskie krzaki.
Zgodnie z adresowymi wytycznymi z przeddworcowej tablicy informacyjnej skierowałem się do punktu „it”. Pod wskazanym adresem był punkt… sprzedaży telefonów komórkowych. Postanowiłem szukać na własną rękę, najpierw czegoś do zjedzenia.
Pierwszy napotkany bar okazał – czynny od 11, bar numer dwa – we wtorki nieczynny. Wreszcie trzeci bar numer, oficjalnie czynny od 9. Około godziny 9.20 pojawiła się miła pani, która do godziny 9.25 szukała kluczy, otworzyła o 9.30, po czym… zamknęła się w środku. Pewnie musiała zjeść śniadanie. Poczekam – panie mają pierwszeństwo – pomyślałem. O godzinie 9.40 lokal był już otwarty. Wszedłem pewnie i zająłem się lekturą lekko wypłowiałego menu. – Teraz nic nie podam, jeszcze nie ma kucharza – usłyszałem. Pozostało śniadanie… na trawie.
A o godzinie 11 rozpoczęła się konferencja w ratuszu. Wybitne osiągnięcia, wielkie plany, gościnność, otwartość, strategie, dynamiczne plany…
Koniec konferencji i powrót do rzeczywistości.
Ruszam na miasto. Oto kiosk. „Proszę o przewodnik” – mówię pewnie – widząc za szybą atrakcyjna okładkę nieznanej sobie, pewnie miejscowej publikacji. – „Pięć złotych” – mówi pani nie przerywając rozmowy przez telefon komórkowy. Daję 20 zł. Po chwili – ciągle w trakcie komórkowej rozmowy – słyszę „A co ja mam z tym zrobić, nie mam reszty”. Odpowiadam, utrudniając wyraźnie rozmowę z niejaką panią Bubą, na temat kupki, którą zrobił jej wnuczek i słyszę zniecierpliwione słowa „nie musi pan kupować”.
Faktycznie nie muszę kupować i w ogóle nie musze interesować się tym miastem. Wrzenie. Nie zauważam przystrzyżonych trawników, ładnych elewacji, uśmiechniętych i życzliwych mieszkańców. Jestem generalnie przeciw.
Czy tak być musi…
Jan Paweł Piotrowski



