„Cztery gęsi, dwie niewieście, uczyniły jarmark w mieście…” – zapisał może trochę z przekąsem, ale bardziej z sympatią, badacz dawnych obyczajów i krajoznawca – Zygmunt Gloger.
Targi i jarmarki weszły trwale naszej tradycji. Targ był zjawiskiem bardziej powszednim, powtarzał się na ogół w tych samych miejscach, w odstępach cotygodniowych. Były to tak wydarzenia tak ważne, że w kilku przypadkach dały nazwę miejscowościom, w których się odbywały: w Środach – Śląskiej i wielkopolskiej były to więc –środy, na lubelskim Czwartku (dziś część miasta) kramy pojawiały się we czwartki. Nietrudno odgadnąć, kiedy odbywały się targi w dawnych miastach Piątek i Sobota, usytuowanych pomiędzy Łowiczem i Łęczycą.
Targ nie mógł być zorganizowany w dowolnym miejscu, a na jego organizację wymagana była zgoda władcy. O takie prawo mogły tylko występować miasta, prowadzenie działalności targowej na wsi mogło skończyć się konfiskatą towarów. Rygory nie omijały kupców. W miastach targowych, położonych na szlaku, musieli się oni zatrzymać i wyłożyć towary do sprzedaży.
Ważniejszym wydarzeniem od targu był jarmark. Niemieckie pochodzenie tej nazwy tłumaczy wszystko: Jahrmarkt – to impreza niecodzienna, coroczna, do której przygotowywano się przez dłuższy czas.
„Na straganie w dzień targowy takie słyszy się rozmowy: "Może się Pan o mnie oprze, Pan tak więdnie, panie koprze". "Cóż się dziwić, mój szczypiorku, Leżę tutaj już od wtorku!"…- napisał przed laty, radując nie tylko dzieci mistrz Jan Brzechwa (1898-1966). Bywalcem i piewcą warszawskich targów był niezapomniany Stefan Wiechecki „Wiech” (1896-1979), który w swych prasowych felietonach i książkach utrwalił specyficzny klimat towarzyszący stołecznemu Kercelakowi, Bazarowi Różyckiego, targowi „na gołębie” przy Stalowej, czy też Ciuchom. Ta specyficzna atmosfera bywa niekiedy zagrożoną, a najlepiej uchowuje się na Pradze, co nie jest dziełem przypadku. Tworzą ją nadal i zachowują mieszkańcy tej dzielnicy, a sprzyja im samorząd, upatrując także w jarmarkach trudnych do przecenienia wartości kulturowych, turystycznych i wreszcie – a może przede wszystkim – ekonomicznych.
Przed wielu już laty Janusz Laskowski napisał, a wyśpiewała Maryla Rodowicz słynną piosenkę „Kolorowe jarmarki”. Była ona wyrazem tęsknoty za odchodzącą w niepamięć swojszczyzną małych miast i miasteczek, za wszystkim tym, co kiedyś różniło poszczególne miejsca i regiony kraju, a co w dobie przyspieszonego rozwoju upodabniało się do siebie. Opamiętam z początków lat 70. XX w. kolorowe jarmarki w Kieleckiem i Białostockiem pełne drewnianych narzędzi rolniczych (w tym grabi z grabowymi zębami), barwnymi, drewnianymi a jednak pomysłowymi zabawkami, wikliną, ceramiką, dziełami kowali, bednarzy itd.
Januszowi Laskowskiemu i Maryli Rodowicz było więc żal „blaszanych zegarków, pierzastych kogucików, baloników na druciku, cukrowej waty…” , czyli tego wszystkiego, co dziś – niekiedy jeszcze nieśmiało, ale powraca na ulice wielkich miast i małych miasteczek; tego wszystkiego, co różni doroczny Jarmark od spotykanego na co dzień sklepu z towarami podobnymi lub prawie identycznymi, bez względu na długość i szerokość geograficzną.
To wspaniale, że obok nielicznych wydarzeń, które przetrwały lata i zawieruchy, takich jak Końskie jarmarki w Skaryszewie koło Radomia, krakowskich Emaus i Rękawki, Jarmarku Dominikańskiego w Gdańsku (ponad 750 lat tradycji) rozwijają się i inne jarmarki, na świętego Jacka i świętego Jana ( w wielu miastach), św. Stanisława (Siedlce), Grafitów także Jarmark Gryfitów (Słupsk), Jarmark Jagielloński (Lublin) i wiele innych.
Już od pięciu lat wspaniałą scenerię gwarantuje warszawska stara Praga Jarmarkowi Floriańskiemu (w tym roku w dniach 15-16 maja). W cieniu praskiej Katedry spotkamy tak oczekiwane swojskie klimaty, jakże charakterystyczne obrazy, dźwięki i aromaty. Nie można zrezygnować z tego zaproszenia.
Jan Paweł Piotrowski



