„Spotkałam szczęśliwych Indian”, czyli opowieści A. Fiedlera c.d.

Młodzi budzisławianie szkolne lata przepędzają pod pięknym patronatem pisarza i podróżnika Arkadego Fiedlera. Miesiące nauki służą zgłębianiu wiedzy literackiej, przyrodniczej, geograficznej w kontekście osoby Patrona, natomiast czas wakacji podpowiada konieczność skonfrontowania wiedzy z rzeczywistością. Wprawdzie nie należę do pokolenia edukującego się w latach fiedlerowskiej budzisławskiej świetności, to jednak „przez miedzę” czuję wyraźnie oddziaływanie powieściopisarza, którego nieustannie wabił świat.

Podróże Fiedlera po Ameryce Południowej były wielokrotne, a z tym wiąże się całe mnóstwo reportaży i powieści. Dwie z nich – „Wyspa Robinsona” i „Orinoko” nawiązują w sposób zbeletryzowany do tego, co podróżnik zapoznał w związku z pobytem na wenezuelskiej wyspie Isla Margarita i w Wenezueli kontynentalnej. Mimo że zmyślone historie mają narrację awanturniczo – przygodową sprzed dwóch wieków, to przyrodnicze i etnograficzne tło wydarzeń, co udało mi się naocznie ustalić, zostało „zaklęte” w formule współczesnych rezerwatów i parków narodowych.

Zacznijmy może od tego, że Wenezuela „wypoczynkowa”, „kurortowa” mocno odstaje od standardów, które polubili globtroterzy z Europy. Poza resortem hotelowym czai się niepokój związany z uprawianym na wielką skalę procederem okradania gringo (obcy, nie mówiący w jęz. hiszpańskim). Taksówki masowo sprowadzane z USA, nie dość, że przerażające wyglądem „jeżdżącego wielkiego trupa”, niekoniecznie dowożą turystę pod wskazany adres; równie dobrze można nieoczekiwanie znaleźć się na peryferiach miasta i być złupionym przez lokalnych rzezimieszków. Ponadto wenezuelskie puebla (miasteczka) są potwornie zaśmiecone a powszednia bieda ich mieszkańców jest żenująca nawet zza okien bezpiecznego, należącego do biura turystycznego, busa. Czyli – reasumując – głodnych wenezuelskich plaż należałoby ostrzec, że poza uciechami słoneczno – kąpielowymi nie należy marzyć o spokojnym miłym wieczornym wyjściu czy przejażdżce po okolicy, smakowaniu atmosfery i lokalnej kuchni poza hotelem. W stan podwyższonego ryzyka wprawia już odprawa lotniskowa: przerzucanie wszystkim wszystkich bagaży, wyrywkowe dodatkowo wskazywanie turystów na „wnikliwsze” przeszukania, szczekanie psów specjalnie tresowanych do tropienia narkotyków…

Oczywiście pofiedlerowski boom turystyki „leniwej”, plażowej i związane z tym perturbacje nie należą do głównej osnowy tej opowieści. Istotą przeżyć podczas wyprawy do Wenezueli musi być zanurzenie się w niezwykle tu bujnej naturze, która na tej szerokości geograficznej i w tych warunkach klimatycznych oznacza udział w rytuale wspólnego bytowania ludzi, egzotycznej flory i fauny. Takim probierzem tego, czego warto tu popróbować, z czym się zmierzyć i oswoić, jest kilkudniowy treking pod bacznym okiem przewodnika, ze wskazaniem na miejsca absolutnie niezwykłe dla białego człowieka.

Zdezelowane cesny na 12 osób z uporem „do ostatniego tchnienia” latają nad Narodowym Parkiem Canaima, którego wielkość porównywa jest do obszaru Belgii. Strach przed rozpadnięciem się maszyny w locie uchodzi z człowieka natychmiast, zastępowany przez zachwyt, gdy tylko pojawia się sposobność oglądania tepui (pionowe ściany płaskich gór) triumfujących nad nieprzebraną dżunglą i dziesiątków wodospadów wraz z najwyższym na świecie Salto Angel. Po wylądowaniu na prowizorycznym lądowisku i upewnieniu się, czy nikt nie cierpi na arachnofobię (lęk przed pająkami), naprzemiennie drogą wśród traw, tropikalnych lasów i pirogą (prymitywne czółno indiańskie) przez zlewiska wodne warto udać się w stronę wodospadów właśnie, by przejść niezwykły chrzest, konfrontując siłę spadających wód na własnym ciele. Dzięki przytroczonym do skał linom, własnej determinacji a może własnemu szaleństwu udaje się wyjść spod tego „prysznica” w stanie ogłuszenia i absolutnego spłukania. Po takim sprawdzianie kąpiel w spiętrzonej wodzie u podnóża wodospadu podnosi już tylko nieznacznie adrenalinę.

Innym razem… W jednym z dorzeczy Orinoko, w którym się znalazłam, mieszkają Indianie Warao. Słowo „mieszkają” ma w języku polskim konkretne konotacje: mieć schronienie, przebywać  w domu itp. Indianie w istocie „przebywają”, ale ich domy, poza klepiskiem, paleniskiem, trzcinowym zadaszeniem i rozwieszonymi hamakami nie posiadają żadnej ściany, mebli, odrobiny intymności, niczego, co przypominałoby cywilizowane mieszkanie. Ponieważ kilka kroków od tych prowizorycznych domostw płynie życiodajna rzeka, od dziecka hartują się w wodzie, z wodą, przez wodę, dla wody… Poza miniwykrawką lasu, w którym bytują, tuż za ich plecami tysiącem dźwięków ptasich i zwierzęcych rozbrzmiewa tropikalna dżungla. W hamakach, wolni od lęków, poza czasem, którego nie liczą, nadzy, bo buty i ubiór są zbytkiem niepotrzebnym, przeżywają swoje szczęśliwe życie. Naśladowca Fiedlera, Wojciech Cejrowski, zanotował taką rozmowę z Indianinem („Gringo wśród dzikich plemion”):
„- Naprawdę nie ma nic, co chciałbyś mieć? Niczego ci nie brakuje?
– Czasu.
– Jak to czasu?! Przecież całe dnie nic nie robisz, tylko wisisz w hamaku.
– A jak jeszcze tak powiszę, he?
– A co to za różnica?
– Widzisz, gringo, dla mnie szczęście jest wtedy, gdy mogę sobie wisieć w hamaku i nic nie robić. Im dłużej, tym lepiej. Nic nie boli, nie nagli, nie czeka. Nikt nie woła. Brzuch nie burczy, że chce jeść; żona nie burczy, że chce, żeby jej coś zrobić. Moje szczęście to ta spokojna chwila, która właśnie trwa: nikt i nic niczego ode mnie nie chce, nie trzeba się wysilać, martwić, nigdzie iść. Wy Biali znajdujecie swoje szczęście w ruchu, a my w bezruchu. Wy ciągle musicie coś zmieniać, porządkować, ulepszać, a my poszukujemy stanu ukojenia… I kiedy go znajdziemy, to wolimy się nie poruszać, żeby czegoś nie zepsuć.
Dla ciebie, gringo, ten hamak jest pełen nudy. Dla mnie to raj na ziemi.”

A jednak coś robią… Indianie wyplatają koszyki, nizają paciorki nasion w wisiory, polują, wypiekają maniokowe placki. Przewodnik pokazywał nam z daleka szkołę, do której „spływają” mali Indianie; niestety, zupełnie nie wiem, co jest w programie nauczania. Ale ponieważ do naszej pirogi wsiadła pani nauczycielka – to wiem na pewno: w odróżnieniu od swych bosych i niemal nagich podopiecznych, ubrana była od stop do głów.

Wyprawa w dżunglę, nawet naszej małej 6-osobowej grupy, wymagała udziału przewodnika i Indianina. Śledziłam ich ruchy i skupiony słuch. Nigdzie nie ruszali się bez maczety i potężnego kija. Nie odnotowałam wprawdzie żadnej zbrojnej interwencji, ale wiedziałam, że nie są to tylko efektowne rekwizyty. Nasze trekingowe buty na nic się zdały – w dżungli nad Orinoko brodzi się w kaloszach po kolana w wodzie. Mimo pory deszczowej i wzmożonej wilgoci w tym bardzo wilgotnym klimacie nie musieliśmy zwalczać moskitów. Ale nieobecność komarów, jak stwierdził przewodnik, to tylko nasz szczęśliwy przypadek. Najczęściej wszędzie gryzie i bzyczy. Inne owady, licznie tu występujące, mają dla Indian walory odżywcze: od termitów po tłuste robale – pędraki wydłubywane z butwiejących pni, wielkości grubego palca, które tubylcy pochłaniają na surowo, łapczywie, jak czekoladki.

W naszym campusie zbudowanym na wodzie pełna harmonia z małpim gajem. Prześmieszne kapucynki zaczepiały nas, zapraszając do figli. Każdą nieopatrznie pozostawioną rzecz natychmiast przechwytywały, niepotrzebną dla nich – upuszczały do rzeki.  Kilka dorodnych psów zamieszkujących camp non stop spotykaliśmy w najdziwniejszych splotach z zaczepialskimi małpkami. Nieustająca zabawa! To wszystko na wyciagnięcie ręki, a tuż za ptaki we wszystkich kolorach, zadomowione i w przelocie, na okolicznych gałęziach. A jeszcze ciut za, ponura w swej gęstwinie i mokradle dżungla wraz ze swoimi tajemnicami, z przycupniętą i gotową skoczyć w każdej chwili, wielką, kosmatą, obezwładniającą PANIKĄ. Ale tu wstęp zakazany, tylko na własną odpowiedzialność lub raczej… nieodpowiedzialność. Lepiej zapatrzeć się w płynącą zielonym porastającym liściem Orinoko – w różnym kierunku w ciągu dnia, tak jak chcą tego przypływy i odpływy.

Olbrzymie przestrzenie Llanos – wenezuelskiej sawanny – zagęszcza rogacizna. Krowy ani w umaszczeniu, ani w lichym wychudzonym kształcie nie przypominają naszych. W fermie hodowlanej, gdzie spędziliśmy wieczór, noc i poranek, krowy niby pokazowe, to jednak nie tak dorodne jak na polskich pastwiskach. Ale potykaliśmy się o wszelaki inny „wypasiony” zwierzyniec: setki świnek morskich, kopulujących żółwi (wcale nie są powolne!), legwanów, papug i uwięzionych w terrariach groźnych gadów. Z drzew ściągaliśmy soczyste owoce mango i papaje; te wyścielające trawy stanowiły strawę dla buszujących wszędzie małych zwierzątek. Tutaj też (choć i w górach w okolicach miejscowości Maturin) plantacje trzciny cukrowej, tytoniu, kawy, kakao, orchidei,  manioku, bananów, które nam pokazywano a gdzieniegdzie namawiano do degustacji.

Czas wyfrunąć z tej egzotycznej krainy. Proponuję w mocnym, iście hitchcockowym stylu. W jednej z wenezuelskich jaskiń potworny ptasi jazgot! 10 tysięcy ptaków, których skrzydła w locie osiągają ponad 1 m rozpiętości, zlatują tu na dzień, by nocą opuścić dla żeru tę straszną pomroczność dla innej ciemności poza jaskinią. W jaskini nawet lampa naftowa przewodnika wprawia w ruch ogromne ptaszyska. Pod nogami błoto odchodów i szczury czekające na ptasie trupy. Wrażenie tak niesamowite, że słynny horror „Ptaki” zaczyna się urealniać w głowach. A one już namawiają się do rytualnego wylotu…
Przylot do domu ma zawsze ten sam syndrom: szczęśliwego powrotu na swoje śmieci (w kontekście Wenezueli  i Polski – powrót do krainy sterylnie czystej!), zsumowania wrażeń, wzmocnienia zapału do pracy i… do nowego planowania podróży! W iście fiedlerowskim stylu!

Ewa Matyba
Artykuł ukazał się w Gazecie Kleczewskiej

Podziel się tą wiadomością ze znajomymi:

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *