FITUR 2011: Kryzys jest, choć nie tak oczywisty

31.edycja targów FITUR 2011 wypadła w samym środku druzgoczącego kryzysu gospodarczego, jaki ma miejsce po II wojnie światowej. W Europie jednym z ognisk tego kryzysu jest Hiszpania, a także Grecja, Portugalia i Irlandia.

W związku z tą burzliwą sytuacją byłem ciekaw, jak na scenie międzynarodowej zaprezentuje się turystyka hiszpańska podczas swojej najważniejszej i najbardziej prestiżowej imprezy targowej.
Pierwsze wrażenie nakazywało myśleć, że ów „kryzys” to kwestia podnoszona przez jakiegoś ekonomistę-paranoika czy też dziennikarza poszukującego sensacyjnych tematów: olśniewające stoiska, agresywny design, w niektórych przypadkach nawet prowokatorski. Kilka stoisk „kokietowało” kryzysem, bazując na prostych materiałach czy też na takich z odzysku, choć wszystko w oparciu o bardzo nowoczesny i ujmujący design. 

Wyraźny przekaz brzmiał tak: “jeśli kryzys jest, to nie szukajcie go tutaj”. Takie wyobrażenie dawały targi FITUR 2011. Zatem turystyka nadal przybiera swoje błyszczące szaty, nawet w czasie dziejowej zapaści. Zza kulis jednak wyłaniają się problemy.

Rząd hiszpański zarządził ostre cięcia środków publicznych dla przemysłu turystycznego, a hiszpańskie działania promocyjne bez mocnego wsparcia ze strony państwa nie mają już takiego rozmachu, jakim charakteryzowały się w minionych latach. Dzieje się to akurat w momencie, gdy mocne Euro spowodowało wzrost konkurencyjności kierunków afrykańskich, które bezpośrednio rywalizują z celami podróży śródziemnomorskimi, wśród których Hiszpania odgrywa rolę pierwszoplanową.
Spadek popytu odbił się negatywnie na branżach pobocznych, ucierpiały na tym hotele i inne obiekty noclegowe (rezydencje i drugie domy), a także branża nieruchomości, która była motorem hiszpańskiego rozwoju, a teraz stała się mocno kulejąca.

Mimo tej niekorzystnej sytuacji, FITUR 2011 daje nam obraz branży turystycznej i kraju, które nie zamierzają poddawać się kryzysowi, lecz z całą mocą chcą podjąć działania, by jak najszybciej wyjść z obecnych trudności.
Wielkie światowe imprezy turystyczne nie mają znaczenia jedynie biznesowego, są także areną, na której wielcy gracze prezentują się publiczności. Być albo nie być obecnym, a także sposób, w jaki się zaprezentujemy, to bardzo mocne sygnały zarówno dla operatorów, jak i dla publiczności, czyli dla zwykłych turystów.

Z tego punktu widzenia nie będzie z pewnością zaskoczeniem liczna obecności państw latynoamerykańskich. Dla tych kierunków, także ze względu na podobieństwo języka, po raz kolejny targi FITUR okazały się kluczową imprezą, pomostem ku bogatemu turystycznemu rynkowi europejskiemu.
Dużo istotniejszą rzeczą do zasygnalizowania wydają się być aspiracje niektórych krajów Afryki równikowej i podrównikowej do tego, aby wejść do światowego grona graczy turystyki, choć jeszcze niedawno sprowadzane one były do roli ubogich krewnych, na których spoglądano z pewną zarozumiałością i niechęcią.

Etiopia, Tanzania, Uganda, RPA zaprezentowały się na targach FITUR 2011 w sposób odważny i zorganizowany, otwarcie sygnalizując swe ambicje. Nie przez przypadek są to te same kraje, które na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos w 2011 r. zostały nazwane „afrykańskimi tygrysami” ze względu na wysokie wskaźniki rozwoju. Zbieżność między agresywnością sektora turystycznego a silnym wzrostem gospodarczym nie jest przypadkowa, wręcz przeciwnie, potwierdza się fakt, że kiedy kraj stara się wyjść z poziomu państwa nierozwiniętego, turystyka jest jedną z jego branż wiodących.
Kraje te postawiły na FITUR, by zaprezentować swoje ambicje. Potwierdza to znaczenie tych targów zarówno dla operatorów mocno zakorzenionych na rynku turystycznym, jaki i dla nowych graczy międzynarodowego rynku podróży i urlopów.

Podziel się tą wiadomością ze znajomymi:

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *