Idea spotkała się z pozytywną oceną premiera Donalda Tuska, który określił ministra mianem „człowieka z pozytywną szajbą” i zapewnił udzielenia wsparcia w sprawie „otwarcia” zawodów regulowanych: – Umówiliśmy się, że będziemy cyklicznie spotykali się z szefami innych resortów zawsze wtedy, kiedy pojawią się blokady urzędników z innych dziedzin.
O negatywnych skutkach „przeregulowania” możemy przekonać się na własnej skórze: wykształcenie kierunkowe to za mało, pracodawcy wymagają podjęcia kursów doszkalających, co wiąże się z dodatkowymi kosztami, a później egzamin. – A ten egzamin zdaję wtedy, kiedy korporacja łaskawie dopuści kolejną osobę do zawodu: na tym polega ta choroba – tłumaczył premier.
Przykładowo, w przypadku zawodu przewodnika zdobyte wykształcenie nie jest najistotniejszym czynnikiem decydującym o przyjęciu lub odrzuceniu kandydatury. I choć wskazane jest wykształcenie wyższe, to sama matura nie dyskwalifikuje zainteresowanego. Wymogiem, który trzeba spełnić, aby zdobyć uprawienia przewodnika, jest odbycie szkolenia i praktyk przewodnickich oraz zdanie egzaminu z części teoretycznej i praktycznej.
Rynek pracy kuleje, brakuje świeżej krwi do podjęcia zawodu, wzrastają ceny, a konkurencja z dnia na dzień słabnie, by w końcu wypaść z obiegu, dlatego tak ważne jest owe „otwarcie drzwi”. Deregulacja ma sprawić, że na rynku pojawią się nowe miejsca pracy (około 50-100 tysięcy), powinny też obniżyć się koszty świadczonych usług. Nie wszystkim ten pomysł przypadł do gustu: przedstawiciele zawodów, które mają stać się wolnymi od regulacji, zapowiadają protesty.
Długo trzeba było czekać na to, aby ta oczywista oczywistość stała się oficjalnym stanowiskiem rządu. Jednak z entuzjazmem radziłabym się wstrzymać. To nie pierwszy pomysł rządu, o którym mówiono wiele (szczególnie podczas kampanii wyborczej), a w rezultacie nie zrobiono nic. Pozostaje nam jedynie mieć nadzieje i bacznie obserwować gowinowo-tuskowe poczynania.
Agnieszka Wiktor



