Austria-terra incognita (?)

Wciąż ten sam problem: jak w wakacje zobaczyć więcej i więcej, ale nie za bajońskie sumy. Cóż, w pewnym wieku już na pewno nie boso, nie w pospiesznie rozbitym namiocie, nie na ziemi zupełnie nieznanej. A gdyby tak w „przewidywalnej” Austrii? Gdyby swoim autkiem? No i trochę na uboczu od głównych turystycznych miejsc na mapie, z szansą łatwego dotarcia na okrzyknięte trasy? Przecież austriackie standardy nawet małych wiejskich hotelików i pensjonatów zadawalają bezwarunkowo!

Więc najpierw szukanie bazy noclegowej z posiłkami, żeby wybrać dobry punkt wypadowy, ale i przede wszystkim miłe przycupnięcie po planowanym wspinaczkowym zmęczeniu. Rauris. Górska wioska, skąd mnóstwo pieszych tras wypadowych, blisko do Kaprun, do Zell am See, do Bad Gastein, na najsłynniejszą drogę panoramiczną Grossglokner, na zwiedzanie Salzburga. W Internecie wszystkie propozycje pensjonatów i hoteli w poszukiwanym przedziale trzygwiazdkowym na zdjęciach i w opiniach pensjonariuszy podobne. Tzn. bardzo dobre. Niezłą cenę proponuje Hotel Sonnhof***, do swojej oferty dorzucając możliwość przygotowania lunchu do zabrania na górską wędrówkę. Jest też sygnaturka Neckermanna, która o tyle dla mnie ważna, o ile w dotychczasowym doświadczeniu zwykle potwierdzała słuszny wybór.

Zawsze przekroczenie granicy czy to z Czech, czy z Włoch, ale także z Niemiec do Austrii i rzut okiem na pierwsze austriackie „zagrody” podnosiło moje (i tak dość dobre na okoliczność każdego podróżowania) samopoczucie. Kwintesencja estetyki! Teraz, latem, dodatkowo kaskady m.in. pelargonii, surfinii w takich kompozycjach, jakich nie dane było mi oglądać kiedykolwiek. Znajome „wyżej”, „niżej”, „na skale” zabudowania kolonialne i solo upewniły, że już to z uwagi na architekturę krajobrazu Austria jest wymarzonym miejscem wypoczynku i nabierania chęci na ładne życie.

Podróż, po 12 godzinach a ostatnich trzech w odsłonie austriackiej, dobiegła końca u stóp rauriskiego gasthofu. Zmierzchało, toteż pierwsze wrażenia oglądu zewnętrznego były lekko przytłumione. Ale w recepcji w zdumienie wprawiło, że teoretycznie austriacki interlokutor nie mówi perfekcyjnie po niemiecku. Po angielsku w ogóle. Po wręczeniu klucza do pokoju zaczęła się droga od windy po krętych korytarzach hoteliku. Dodajmy: korytarzach wyłożonych jakimś upiornym turkusowym linoleum, oderwanym tu i ówdzie od podłoża, z oświetleniem reagującym nie na wszystkie włączniki, ze ścianami „pociągniętymi na olejno”. Dotąd towarzyszyła recepcjonistka, wejście do pokoju to już akt samodzielny. Akt unicestwiający! Wszystko, co wcześniej wykoncypowałam zgodnie z zasadą „solidne i piękne, bo austriackie!”, przepadło – pokój wizualizował to, co wraca pamięcią wraz z koszmarem PRL-owskiej bylejakości, ordynarności, bezguścia, nadpsucia…

Ponieważ ohyda była porażająca, próbuję teraz ocalić choć jedną rzecz w tym „zgiełku przebrzydłych osobliwości”. Tak, łóżko, drewniane, stylizowane na modłę ludową, z motywem malarskim, dałoby się ocalić. I nic ponadto.

Nieznanym mi sposobem rozciągnięta została wykładzina podłogowa. Nie dość, że zmarszczona „na dobre” w jednym rogu pokoju, to wzdłuż ścian stercząca, niedocięta, wycięta nadmiernie. Nie można było mieć nadziei, że ktoś to podklei, dotnie lub wyrówna, bo wykładzina miała swoje lata (struktura i wzór lansowane ok. 20 lat temu w polskich GS-owskich sklepach) i jakoś dotąd swoim wyglądem nie frasowała gospodarzy.

Poza wzmiankowanym łóżkiem, stan umeblowania przedstawiał się następująco: dwudrzwiowa szafa domykana „na słowo honoru” (z wieszakami made in pralnia chemiczna), jakiś „grzmot” z poprutą tapicerką (chyba na potrzeby tzw. dostawki), kwadratowy stolik zarzucony niedbałym obrusem, trzy krzesła, dwa stoliczki nocne, jedna lampka. U góry na półce sterczał też telewizorek, zupełnie, o czym za chwilę się przekonałam, nieużyteczny.

Nie mogłam w tej sytuacji niczego dobrego spodziewać się po łazience i …nie zawiodłam się! Długo by szukać takich płytek podłogowych i naściennych w zamierzchłej przeszłości, tak brzydkiej ceratki nad wanną, tak bezmyślnie zawieszonych wieszaków na ręczniki (ledwo ledwo  trzymających się ściany), tuż obok muszli klozetowej, z możliwością tam ich podtapiania.

Gonił mnie czas (by dłużej doznawać samoudręki) – trzeba było zejść na wyznaczony godziną posiłek. Przejęta strachem szłam w stronę niewybrednych (a może to już była zarażona podświadomość?) zapachów.

Inni stołownicy właściwie kończyli obiad. Nigdy nie jest to wdzięczny widok resztek na talerzach, brudnych serwetek i zmęczonych biesiadników. Nie widziałam żadnego stolika, do którego mogłaby usiąść bez odrazy. Zakłopotany też był kelner; krążył po sali, aż wreszcie znalazł miejsce przy długim stole, w środku, między jedną zasiadającą tam rodziną a drugą. Takie „miejsce niechciane”. Podziękowałam za wskazane krzesło, nie usiadłam. Sama na własną rękę udałam się na poszukiwania do drugiego pomieszczenia, które było miejscem ekspozycji dań, ale jednocześnie takim stołówkowym poboczem. Nie było w czym wybierać, więc zdecydowałam przysiąść przy ławie nakrytej purpurową konferencyjną materią (odtąd było to miejsce „zaklepane” przeze mnie na czas tygodniowego pobytu). Podgrzewacze z potrawami miałam w zasięgu ręki. Tym razem były i prawie puste, i schłodzone. Posklejane z czymś brokuły nie miały wyrazistego smaku, mięsa nie pamiętam, choć było. Zestawy sałatek zanurzonych w polewie octowej utrwaliłam sobie dobrze, gdyż każdego dnia wracały w tej samej postaci w wieczornym menu. Coś więc poskubałam z głodu, co raczej rosło w ustach. Nim zaproponowano deser, przeżyłam prawdziwe deja vu: między moją ławą a stołami z jedzeniem przemknęło dwóch nagich mężczyzn, ledwie w ręczniku łazienkowym zarzuconym na biodrach. Zagadka tego ekspansywnego wtargnięcia miała się wyjaśnić za chwilę – oto przez stołówkę i – nazwijmy jak chce właściciel hotelu – restaurację – wiódł „szlak kąpielowy”. Do tych bowiem pomieszczeń przylegał basen kryty (lepiej, z uwagi na maleńkie rozmiary i zmąconą wodę, sadzawka). Rzeczywiście, przypomniałam sobie z opisów internetowych, atutem hotelu miał być basen właśnie.

Tym, co było następstwem w czasie, nie będę dręczyć. Zresztą szybko nauczyłam się prawideł Sonnhof’u: zawalczyć wraz z początkiem wydawania posiłku o dania ciepłe, o bułki, o masło… Spóźnienie oznaczało nie tyle rozczarowanie, lecz niemoc. Półtoragodzinny z założenia czas na śniadanie i obiad był fikcją – tylko dla pierwszych docierała cała posiłkowa oferta a i ta bardzo skromna i niekoniecznie smaczna (zdecydowanie nieestetyczna). Wszystkie niedoróbki w pokoju, żeby mniej raziły, należało „skropić” odrobiną alkoholu – pocieszyciela (ale ten już z wiejskiego marketu, bo hotelowe piwo i wino, gatunkowe najgorsze, nalewano, co odstręczało, z plastikowego dystrybutora).

Co więc się stało z austriackim standardem, za który bym głowę dała?

(Muszę też natychmiast dodać, że wszystko, co zdarzyło się poza Sonnhof’em, ma znamiona zapoznanej podczas innych wizyt w Austrii lekcji dobrego stylu).

Zagadka nieporadności i nieokrzesania hotelarzy z Sonnhof’u w Rauris tkwi w tym, że… nie są to Austriacy! Właściciele i w znacznej przewadze goście hotelu to Węgrzy. Ich język i ich zwyczaje zapanowały na dobre w upadającym obiekcie, czego jakoby nie dostrzegają gospodarze wraz ze świetnie odnajdującymi się w tych realiach przybyszach z Węgier. Komitywa większości pensjonariuszy z całą obsługą hotelu i wyraźna ich  kontentacja wyrażała się na każdym kroku, np. we wzajemnym dowcipkowaniu, zaglądaniu do kuchni, wrzucaniu „drobnych dziękczynnych” kelnerom  za „fachową” obsługę. Czułam się jak ignorant w panującym tu (od dawien chyba) status quo. Przecież rzesze węgierskich turystów odwiedzających to miejsce wabić musiała rękojmia tych, którzy wcześniej odpoczywali w Sonnhof’ie.

Przegląd narodowości to przegląd aut na parkingu. Poza moim autem z PL, dwa inne na rejestracjach niemieckich, dwa niderlandzkie, ok. dwudziestu i jeszcze kilku motorów znaczonych H. Notabene, czyniąc te socjologiczne obserwacje już za dnia, zauważyłam, że i parking i cały obiekt nie mają tak oczywistego austriackiego atrybutu jak ukwiecenie terenu. Kilka mizernych sadzonek, kikutów dawno zapomnianych…

„Moja Austria” w trakcie więc hotelowego pobytu mocno korodowała. I trzy gwiazdki austriackie, i wszystkie temu przypisane gwarancje. Ale że nie jest to wyznanie malkontenta, odwołam się do innych opinii niezależnych.

Podczas wyprawy na okoliczny 2-tysięcznik angielska mgła i mżawka przerodziły się na szczycie w rzęsisty deszcz. Trzeba było szukać schronienia. Udało się – w paśmie wypasu krów stał niewielki dom, który posługiwał też za schronisko. Austriaczka otworzyła odrzwia, zrzuciłam przemoczoną kurtkę i z lubością pochłaniałam przygotowaną przez nią gorącą herbatę. Wnętrze było tak przytulne, urządzone na wzór rustykalny, że zaraz też schwyciłam za aparat fotograficzny, by zatrzymać ten wyjątkowo ładny kadr. Pani przysiadła się na pogawędkę. Padło oczywiste pytanie: „gdzie mieszkam?”. Bardziej niż to, że w Polsce, interesowało ją, „gdzie tutaj mieszkam?”. „Rauris, Sonnfoh” – powiedziałam bez entuzjazmu. I mimo że byłam het, na wysokościach, okazało się, iż „sława” obiektu niesie się echem w wysokich górach. Gospodyni spojrzała ze współczuciem i wyrzuciła krótkie austriackie przekleństwo.

Żeby nikogo z naszych pobratymców nie narażać na podobny zawód, postanowiłam po powrocie „na ojczyzny łono” do opinii zadowolonych Węgrów na stronie Sonnhof’u dorzucić swoją, odmienną. Ale nie zrobiłam tego. Uczynił to ktoś przede mną, wkurzony Polak, który nie zostawił suchej nitki na ofercie. Ton mojej relacji jest mocno wysmakowany wobec tego, co on napisał. Żadna to wprawdzie pociecha, gdy dla mnie jego opinia to przede wszystkim opinia spóźniona. Inna rzecz, czy dałabym jej wiarę przed wyjazdem do Austrii. Przecież ta ziemia była dla mnie dotąd niczym nieskalana!

Ewa Matyba

Podziel się tą wiadomością ze znajomymi:

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *