Wychynąć poza hotelowy resort na Kubie niewielu chce. No, może tylko na chwilę, by zdiagnozować opłakany stan gospodarczy wyspy i wszechobecne ślady reżimu. A przecież tak daleka wyprawa Europejczyka winna mieć w sobie element nie tylko rekreacyjny (boskie plaże!), ale i koniecznie poznawczy. Wiele wskazuje na to, że coraz odważniej będziemy opuszczać kurorty na Varadero, bo kubańskie klimaty warte takiego rozpoznania.

sxc.hu
A ta odwaga lub jej brak w peregrynowaniu wzdłuż wyspy to nie kwestia zaufania wobec tubylców – oni są przyjaźni i jest tam bezpiecznie, ale problem istniejącej na Kubie infrastruktury. Dyktatura braci Castro przywiodła kraj do martwego punktu. Bez zagranicznego kapitału nie uda się ożywić usług turystycznych (a te przecież napędzają napływ waluty wymienialnej), nie mówiąc już o nakręcania gospodarki.
„Światełkiem w tunelu” są ostatnio podjęte przez kubańskich dyplomatów na Florydzie rozmowy dotyczące zmian w prawodawstwie, pozwalającym na zagraniczne inwestycje na Kubie. Już od trzech lat wyczuwa się topnienie lodów wobec uchodźców, którzy w liczbie 1,5 mln. zamieszkują Florydę i przysyłają pozostałym w ojczyźnie krewnym dolary. Ci, a jest ich ok. 250 tys., inwestują przysłane pieniądze w drobny biznes. Wydaje się, że dla ściągnięcia większego kapitału władze Kuby dadzą uchodźcom gwarancje poważniejszych inwestycji.
Reforma prawa, która obowiązuje od stycznia tego roku, pozwala Kubańczykom z wyspy wyjeżdżać za granicę na okres dwóch lat, bez konieczności przedłużania paszportu. Ponadto proponuje emigrantom repatriację. Po powrocie mogą oni nabywać w kraju nieruchomości i inwestować.
Taki stan prawny na Kubie to po pięćdziesięciu latach prawdziwa… rewolucja! Dotąd przecież emigrantów traktowało się jak zdrajców, renegatów, sługusów na potrzeby Amerykanów. Być może nowa praktyka zniweluje podział na mieszkańców wyspy i uchodźców ( jest ich blisko 20%), a w konsekwencji da szansę uciekającym kiedyś za chlebem i wolnością na powrót, by majątek zgromadzony przez tych przedsiębiorczych na obczyźnie Kubańczyków mógł odrestaurować zrujnowany kraj.
Turysta z Europy – takie w związku z tym nadzieje – wybierze się na wycieczkę w głąb lądu. I, np. w Hawanie, nie będzie już płakał na widok zrujnowanej starówki (dziś w opłakanym stanie), lecz, popijając zimne mojito, przy żywej kubańskiej muzyce, z bulwaru Malekon zobaczy na własne oczy obraz piękniejącej stolicy i turystycznie obiecującej wyspy.
Ewa Matyba



