
Gwatemalska kuchnia zaskakiwała nas tylko przez pierwsze dni. Szybko przyzwyczailiśmy się do tych lokalnych smaków. Króluje mięso. Pojo, czyli kurczak pod wszystkimi postaciami jest w każdej restauracji. Zawiedliśmy się trochę z Lizą, licząc na ryby i owoce morza. Dopiero nad jeziorem Atitlan zjedliśmy rybę z patelni.
W Panachajachel nad Atitlan trafiłem na świetny koktail, przygotowywany na ulicy. Skład bardzo prosty: pomidory, cebula, krewetki, ośmiornica, pałeczki krabowe, pietruszka, avocado i sok z limonki. Wszystko wymieszane z sosem rybnym i ostrygowym. Jednym słowem palce lizać. Następnego dnia wracam na powtórkę.
Większość dań ma 2 podstawowe składniki: avocado i pastę z czarnej fasoli. Jedliśmy prażonego banana (pomarańczowego!!!) z pastą fasolową i jajecznicę z fasolą. W jajecznicy fasola była w całości, ale być może tylko dlatego, że kucharz zapomniał ją rozgnieść… Innym razem trafiliśmy na rybę z avocado. Avocado dokłada się tu do śniadań, chleba i zup.
Role chleba najczęściej odgrywa tortilla, czyli mały okrągły placek z mąki kukurydzianej. W każdym miejscu jakie tylko się da, widać jak ktoś przygotowuje tortille. Starcy, dzieci i gospodynie biorą udział w wielkiej produkcji tortilli. Gwatemalczycy jedzą te placki, jako dodatek do każdej potrawy. Najczęściej mają kolor naszego naleśnika, ale trafiliśmy też na czarne tortille. Ciemny kolor wziął się z dadatku, jakim była… oczywiście czarna fasola.
Na koniec przekąska z ananasa: drążymy połowę anasa, wyjmujemy nadzienie i kroimy je w kostkę. Doprawiamy solą i sokiem z limonki. Smacznego po Gwatemalsku!



