Czy można promować turystykę dowcipnym humorem?

Georg Lichtenberg (1742-1799) napisał kiedyś, że „Z dowcipnych pism mądrych ludzi można często nauczyć się więcej niż z poważnych”.

Tymczasem, trzeba czy nie trzeba, lubimy być fasadowi i poważni, i na tej podstawie pragniemy osiągać swoje cele i budować prestiż. A właśnie, może zwłaszcza  w dziedzinie promocji turystyki, taki smutek i powaga są zbyteczne, a nawet szkodzą. Jak mamy tworzyć armię ludzi wypoczętych, odprężonych, uwolnionych od trosk codziennych, okazując im pochmurne miny, powalające na ziemię patosem lub też przesycone encyklopedycznymi treściami foldery i filmy.

Poważnie należy natomiast podchodzić do poziomu świadczonych usług. Jednak już sama konstrukcja programów turystycznych, a zwłaszcza i ich promocja, powinny cechować się lekkością, a także dowcipem, co zapewni komunikatywność przekazu, a w efekcie jego skuteczność. Nie oznacza to oczywiście rezygnacji z ambitnych zamierzeń programowych gminy, powiatu czy też biura podróży.

Srogie dawniej urzędy wkraczającej wszędzie cenzury zastępować potrafi dziś jeszcze groźniejsza autocenzura. To tak zwana poprawność polityczna, political correct, czyli zespół niepisanych norm, które wypada przestrzegać. Co ważniejsze, dotyczą one częściej drobiazgów niż naprawdę wielkich spraw. Cóż o nas pomyślą, zastanawiają się lokalni decydenci, gdy na okładce folderu pokażemy dzieciaka pokazującego język, a pod czcigodnym zamkiem zatrzyma się (na zdjęciu) kundelek, podnosząc nóżkę w wiadomym powszechnie celu. Lepiej na okładce publikacji przedstawić prezesa, burmistrza wraz z radą na tle ratusza, nad którymi unoszą się białe gołębie. Toż to byłaby za obraza, gdyby w tekście folderu przytoczyć gwarowe zwroty lub posłużyć się językiem młodzieży. „Szewcy w Kutnie obrazili się okrutnie, cech akuszerek ma licznych zarzutów szereg” naśmiewał się ze słabostek czy wręcz kołtuństwa „polskiego grajdołka” w latach międzywojennych nieoceniony Jerzy Jurandot. Lepiej (czytaj: bezpieczniej) więc wykorzystać w tekście promocyjnym na przykład fragmenty znajdującego się pod ręką „wieloletniego programu wdrożeń”. Bo tam przecież jest tyle słów trudnych a więc „mądrych” i „naukowych” i zupełnie nie ważne, że dla wielu niezrozumiałych. Strona graficzna folderu czy plakatu powinna być bezwzględnie dziełem renomowanych plastyków: powierzenie  tego zadania studentom lub o zgrozo… dzieciom, nie powinno wchodzić w grę. Jak nas by wtedy ocenili!

Skandal w dziedzinie reklamy może wywołać dziś prawie, nawet pozornie niegroźne odstępstwo od tradycji i niepisanych norm. Cóż sensacje, a raczej sensacyjki, przynosząc rozgłos mogą być przecież najtańszą i najlepszą reklamą.  I cóż to komu szkodzi, gdy zastanawiamy się, czy popularna aktorka pojawiła się na ekranie z pieskiem czy bez pieska?
To dobrze, że takie reklamy spotykają się coraz częściej z życzliwym przyjęciem. Jednak nadal pojawia się zazdrość z faktycznie osiągniętego sukcesu a może nawet na potępienie.
 Toteż trudno się dziwić, że przynajmniej w dziedzinie turystyki nie spotkamy reklam, których twórcy zechcieliby częściej po prostu uśmiechnąć się do swych odbiorców, jak to czynią inni głosząc dobroć czekolady, proszków do prania czy nawet tabletek na kaca. Czyżby nie życzyli sobie tego zleceniodawcy reprezentujący branżę turystyczną? A tymczasem laureatami konkursów na najlepsze reklamy zostają prawie wyłącznie dzieła pogodne.

Poważne są a jednocześnie często niejasne lub trudne po powtórzenia były kiedyś niektóre nazwy firm. Konia z rzędem temu, kogo zachęci oferta „Przedsiębiorstwa Wielobranżowego Usługowo- Produkcyjno- Badawczo-  Wdrożeniowego, Oddział Usług Turystycznych, Rekreacyjnych, Transportowych i innych”. A nazwy własne. Te roją się, jak całe współczesne życie, od  zapożyczeń, najchętniej z USA. Te zapożyczenia  zamiast nobilitować kompromitują często reklamujące się firmy. Kto skorzysta z usług biura o nazwie „No Future” czy restauracji „Ameba”?  Chciałoby się zapytać wzorem szkolnego polonisty „co poeta (czytaj autor nazwy) miał na myśli, tak nazywając firmę”. W miejscu dawnych uspołecznionych firm gastronomicznych „Postęp”, „Rozwój”, „Przodownik”, „Wolność” czy „Świetlana Przyszłość” pojawiły się równie koszmarne „Impexy”, „Eximy”, „Manhatany” i itd. Nazwy dowcipne spotykamy nader rzadko. A oto konkretne przykłady: „Przy Kiciu” to kiosk opodal zakładu karnego, bar o nazwie „No to siup”, wypożyczalnia kaset wideo „Złodziej czasu”, camping „Pod Ponurą Małpą” czy pensjonat „Pod Psem”.
 
Logo miasta, gminy, firmy objawia się zbyt często kompozycją geometryczną lub nawiązującą do godeł kilku państw socjalistycznych. Różnica polega być może na tym, że przedstawiają one częściej „upragniony” zachód słońca a nie obowiązujący dawniej wschód. Pozostał jeleń z górami w tle. Wzorując się także na doświadczeniach niektórych byłych krajów „obozu” zmieniających  hymny co kilka lat, niektórzy właściciele owego logo starają się zmieniać je przy byle okazji, zamiast utrwalać ten znak.

Historia czy legenda same niejednokrotnie stwarzają pretekst do nadania nazw miejscowym hotelom, pensjonatom, restauracjom. Na nazewnicze wykorzystanie czekają duchy, smoki, baby Jagi, zły Popiel i inne postacie, wyłączywszy jednak Wandę „która nie chciała Niemca”, gdyż motywy jej zachowania nie będą przez dzisiejsze pokolenie zrozumiane. Nie wystarczy nadanie nazwy, trzeba ją utrwalać w logo, wystroju firm, wydawanych folderach, filmach, wizytówkach, pamiątkach, nazwach potraw, hasłach i programach wycieczek itd. W Wąchocku już dawno zrozumiano, że zamiast piętnować dowcipy o tym szacownym grodzie i „rozliczać” ich autorów, lepiej jest uczynić z nich swoistą atrakcję turystyczną. Koziołek Matołek pracuje na rzecz Pacanowa

Teksty polskich folderów, filmów, katalogów bywają często przegadane i przeintelektualizowane lub też przesycone „turystycznymi” epitetami („piękny”, „wspaniały” itd). Ich autorzy zmuszeni są niekiedy toczyć nierówna walkę ze zleceniodawcami, którzy nade wszystko hołdują political correct. Jakże w wielu tekstach spotkamy się z drobiazgowymi rozważaniami nad budową geologiczną, składem gatunkowym flory i fauny, mnóstwem „danych techniczno- taktycznych” dotyczących poszczególnych obiektów i zjawisk. Są pewne „obowiązkowe” już wątki: Chopin, Mickiewicz, krakowiacy i górale, bez których nie może się obejść „szanujący się” folder. A tymczasem… narratorami filmu promocyjnego o Kolonii są gołębie, centrum agroturystyki w Holandii reklamuje okładkowy facet z… kogutem na głowie, do zwiedzenia hiszpańskiej jaskini zaprasza turystka, w której włosy wkręcił się nietoperz, a pocztówka „Amsterdam by night” to po prostu czarny prostokąt.

Trochę humoru i radości drodzy Państwo. To da efekty.  

A kto się promuje z humorem, niech napisze do redakcji.

Jan Paweł Piotrowski

Podziel się tą wiadomością ze znajomymi:

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *