Znający polskie realia, zacny wieszcz nie nadmienił ni słowem o sanitarnym stanie lokalu, który był miejscem całej akcji. A z tą czystością karczmarze ówcześni (ale i późniejsi) często byli na bakier. Nie o higienie tu jednak chciałbym mówić. "Temat-rzeka", ba "temat-morze" przez lata całe powracał na łamy pism, którym nieobce były problemy związane nie tylko z gastronomią, ale z gościnnością w ogóle. Dziś jakość usług wymuszają nie tylko standardy, akcje typu „tydzień konsumenta”, ile sam rynek.
Diabeł w akcji
Wróćmy do karczmy. Gdy więc przy tańcach, hulankach i swawolach miło i szybko mijał czas, pojawił się we wspomnianym lokalu sam diabeł. Znalazł się, jak to diabeł, w… szczegółach. A później zdarzyło się tyle ciekawego, że nawet obarczony innymi obowiązkami nasz wieszcz znalazł czas by to opisać.
W trakcie „wędrówek z Kolbergiem po kraju” oglądamy ładniejsze i brzydsze „obrazki”, ciesząc się, że ostatnie lata przyniosły więcej obrazków barwnych. Duża w tym zasługa środków Unii Europejskiej przeznaczanych m.in. na rewitalizacje zabytków i całych zespołów staromiejskich. Mieszkańcy wielu miast, miasteczek i wsi nie dostrzegają jednak jeszcze niekiedy wielu kontrastów, psujących opinię o tych miejscowościach. Tak już jest, że goście mają zmysły bardziej wyostrzone niż mieszkańcy. Po pierwsze – w trakcie wolnych dni, mają na to więcej czasu, po drugie – rozpiera ich ciekawość, a po trzecie – w naturze człowieka tkwi często nieodparta chęć, by komuś innemu przypiąć łatkę. Postępujemy, często nieświadomie jak ten, opisany przez Boya- Żeleńskiego „brzydki chłopiec”, który „zawsze czymś umiał dopiec”. Ale może to jedyny sposób na lokalną znieczulicę, na przywalanie na tolerowanie pozornie „głupich” drobiazgów, co wpływa negatywnie na wizerunek miejscowości!
Cóż widzą goście na szlakach
Polskie kontrasty
Ukwiecony i wypielęgnowany rynek z pomnikiem Znanej i Szanowanej Postaci, a tuż obok uliczki… Właśnie uliczki z takim trotuarem i nawierzchnią, że turyści piesi zmuszeni są do skorzystania z usług dentysty (by uzupełnić brakujące uzębienie), a turyści zmotoryzowani oddać muszą pojazdy do najbliższego warsztatu. "Nie idzie iść", "nie idzie jechać" – jak mówią w jednym z regionów Polski. W innym regionie znów mówią, że jest tam wieczorem „tak ciemno, ze strach się bać”. Jakże bardzo różnić się potrafią zacne fasady domów od ich oficyn, podwórka od ulic. Bywa i tak, że zaniedbany fronton kamienicy odbiera apetyt i wyklucza podjęcie decyzji o wkroczeniu do zlokalizowanej tam restauracji. Czyżby ze strachu przed ukrytym tam diabłem? Odważni, którzy zdecydują się na ten krok niekiedy rozczarowują się miło. Fasada nie zapowiadała sympatycznego, schludnego wnętrza, miłej obsługi, smakowitości potraw i… braku diabła.
Przed laty w jednym z miast zobaczyłem piękną (i czynną), gdyż tryskającą w niebo fontannę. To dobrze, że dba się o podnoszenie atrakcyjności grodu pomyślałem i oniemiałem widząc mieszkańców pobliskich czynszówek wędrujących z wiadrami po wodę. Okazało się, że fontanna była ważniejsza, a na założenie wodociągów trzeba tam było poczekać do lepszych czasów.
„Jak cię widzą, tak cię piszą” – mówi popularne przysłowie. Można jeszcze dodać, że „gdy cię nie widzą, to o tobie gadają”. Za plecami najłatwiej wygłaszać niepochlebne opinie. Gości, zwłaszcza tych którzy przybywają na krótko, nie interesują bardziej i mniej obiektywne powody, dla których lekceważone (bądź nie dostrzegane) są pewne sprawy. A to lekceważenie wpływa przecież tak bardzo na kształtowanie opinii o mijanych miastach i miasteczkach. Gdy w wielu dzieje się dużo i następują korzystne zmiany, to niedocenianie podobnych problemów w innych środowiskach musi razić w sposób szczególny.
Czyżby gospodarzom nie zależało na opinii
Oto elegancki hotel, z brudnymi szybami, tam zwał koksu zrzuconego przed frontem restauracji, tam znów na zapleczu fetor od zbyt rzadko wywożonych śmieci. Niezła (pod względem smakowitości potraw) przydrożna restauracja, a wewnątrz każdy stół i krzesło inne. To znów Bożonarodzeniowe wystawy w sklepach oglądane jeszcze około Wielkiejnocy, przyozdobione nalotem kurzu i zdechłymi muchami. To także swojski zapach stęchlizny i kurz pod łóżkiem przydrożnego obiektu noclegowego, który nie mając prawa nazywać się „hotelem” reklamuje się jako „hotelik”. To prawda, zniknął już charakterystyczny zapach chlorku będący kiedyś jedynym drogowskazem do ustronnego miejsca, publicznej toalety. A ileż to miasteczek jest takich, w których w ogóle brak tego typu dobrodziejstw, a jeśli są, to "działają" jedynie w określonych godzinach. Po zmroku przecież wystarczy w takich sprawach usunąć się gdzieś na ubocze! Ale przecież jednak się zmienia. Kiedyś w małych sklepikach „gołą” ręką podawano chleb i inkasowano pieniądze. Teraz rzadziej nad bufetami widnieją setki tabliczek z nakazami i zakazami dla klientów. Już bardzo rzadko w restauracji, hotelu, biurze podróży można spotkać osoby wyraźnie nie zadowolone z gościa-natręta i okazujące to kwaśną miną, bądź nie przerywające na widok gościa miłej prywatnej pogawędki. To wszystko, wraz z portretami właścicieli kwaśnych min, warto przekazać do swoistego muzeum epoki minionej.
Z igły powstają widły. Trudno się więc dziwić niektórym zagranicznym turystom przyjeżdżającym do Polski choćby z własnym papierem toaletowym i konserwami a nawet zapasem wody mineralnej. Czynią tak ci, którzy zawierzyli opiniom swoich bliskich, którzy będąc w Polsce spotkali się z diabłem, to znaczy boleśnie dotknęło ich dość częste niedocenianie przez Polaków znaczenia szczegółów. Trudno się też dziwić, że mniej znane miejscowości w niektórych regionach kraju w ogóle nie są brane pod uwagę w turystycznych planach i to nie tylko gości zagranicznych ale i krajowych..
Najlepszą robotę psuje niedocenianie pozornych drobiazgów. Tymczasem wymagania gości, także krajowych, z każdym rokiem rosną i dotyczą również lekceważonych dawniej szczegółów. Tam właśnie trzeba wypatrywać diabła…
Jan Paweł Piotrowski



