Kota nie ma, myszy harcują

Tekst ten napisałem przed blisko dwudziestu laty. A teraz ponawiam. Osądźcie Drodzy Czytelnicy, czy jest nadal w pełni, a może choć w części – aktualny?

Mamy wreszcie gospodarkę rynkową i rynek konsumenta. Wydaje się, że hasła znane z PRL typu "klient ma zawsze rację", "nasz klient- nasz pan" straciły na aktualności, choć przecież pozostał ich sens, a pozytywny stosunek do klienta po prostu wymusza rynek i zdrowy rozsądek. Czy tak jest wszędzie?

Obserwacje dokonane w ruchliwych miejscowościach turystycznych w czasie minionego lata, prowadzą niestety do wniosku, że nie wszystko zmieniło się. Mimo tak wielkiej konkurencji nadal można było spotkać się ze zmanierowanym personelem niektórych (powtarzam- niektórych !!!) sklepów czy zakładów gastronomicznych. Kwaśne miny "smutnego czegoś" personelu, częste przypadki opóźnionego otwierania obiektów handlowych i gastronomicznych (zwłaszcza, gdy w pobliżu nie było właściciela) rzutują na opinie nie tylko o pojedynczych placówkach ale i całych miejscowościach.

Oto co zanotowałem m.in. bywając w nadmorskich sklepach, kawiarniach i barach:

– "idź pan, sam sobie zmień te dwadzieścia złotych" – to do starszego pana, który przyszedł po chleb i ni miał drobnych,

– "trzeba było od razu mówić" – to wypowiedź tonącej w makijażu ekspedientki do klienta, który kupił już dziesięć rzeczy, a przypomniał sobie o następnej,

– "nie widzi pani, która godzina" – to staruszki, która przybyła trzy minuty przed otwarciem sklepu,

– "to, co widać".- odpowiedź na pytanie „co Państwo polecają", także w sklepie.

Bywało, że klienci "przeszkadzali" personelowi w miłych pogwarkach jakie toczył między sobą, a goście (także zagraniczni) musieli odczekać przy stoliku zanim Pani Kelnerka skończy prywatną przedłużającą się pogawędkę telefoniczną. Krajowcy, bez potrzeby podsłuchiwania, dowiedzieć się mogli natomiast z tej rozmowy m.in. o tym, co personel sądzi o swoim szefie, który może mu  [—] – wykreśl. przez redakcję

Widok klientów oganiających się od os, najlepiej swoją aktywnością świadczących o smakowitości drożdżówek z jagodami czy mniej smakowitej, gdyż wysuszonej nieco a nawet „zieleniącej się" wędliny w sklepach wiejskich (w miejscowościach nieco odległych od brzegu Bałtyku) był kiedyś na porządku dziennym. Tymi samymi rękami nakładano tam często wędliny, ser i pobierano pieniądze, "zapominając" dość często korzystać z kasy fiskalnej. Tuż za nią zobaczyć można było kartki papieru z kolumnami pieczołowicie dodawanych cen. Wszystkiemu byli winni klienci. Rzadko protestowali, pamiętając jeszcze minione lata. A przecież wystarczyło jednak wyjąć choćby… byle jaki dokument i już kasa fiskalna szła w ruch. Cóż, z dawnych lat pozostał strach przed urzędowymi osobami.

 To się teraz zmieniło, wszędzie, no może, prawie wszędzie.

Nadal w niektórych zakładowych, a obecnie przecież ogólnodostępnych ośrodkach wczasowych, można było zobaczyć tabliczki z zakazami wstępu "dla obcych", przez nikogo nie respektowanych, tym bardziej, że sąsiednia tabliczka zapraszała wszystkich do kawiarni… właśnie w tym ośrodku. Uśmiech na ustach, ale i politowanie wzbudzała nazwa baru "Non Stop" w Z., pod szyldem którego przytwierdzono mosiężną tabliczkę "czynny w godz. 14- 22".

Wszystko to niestety, to nie bajki. Rynek, rynkiem, dawne nawyki zakorzeniły się (o dziwo też wśród młodych), chamstwo pozostaje zwykłym chamstwem, a głupota- głupotą. Jak długo takie "pozorne drobiazgi" wpływać będą na opinię o Polsce. A przecież pracownicy setek firm włożyli ogromny wysiłek, by zapewnić wysoką jakość usług i… dobrze zarobić. Czy inni już tak się tak wzbogacili, że nie potrafią szanować klienta.

Ale to chyba wina tego ostatniego, że to wszystko toleruje. A przecież ludzie na wczasach nie lubią się denerwować…

Przed rozpoczęciem sezonu turystycznego warto sobie to wszystko wziąć pod uwagę.

Jan Paweł Piotrowski

Podziel się tą wiadomością ze znajomymi:

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *