Deglomeracja turystyki – zarówno w czasie i przestrzeni – staje się zjawiskiem coraz bardziej powszechnym i co tu dużo mówić – bardzo korzystnym, zarówno dla samych uczestników, organizatorów turystyki, jak też gospodarzy z obszarów recepcyjnych i oczywiście przyrody.
Teraz część społeczeństwa planuje doroczny wypoczynek poza okresem koncentracji ruchu turystycznego. Poszukiwane są „nowe” formy turystyki, a także „nieznane” miejscowości i regiony. Modnym staje się odchodzenie od stereotypów, np. „lato = morze + plaża”, „zima = góry + narty”. Turystów spotykamy częściej zimą nad morzem, miasta można nie tylko zwiedzać, ale w nich odpoczywać, a nawet latem… jeździć w nich na nartach. W uzdrowisku mogą przebywać nie tylko kuracjusze, a w krainach jezior dużo ciekawych propozycji znajdą nawet ci, którzy cierpią na wodowstręt. Są dla nich także oferty turystyki pieszej, rowerowej, konnej, motorowej i innej, czego tylko dusza zapragnie. Turystów spotykamy także i tam, gdzie nie ma jezior, rzek i lasów, za to jest spokój i gościnność. Zaspokojeniu potrzeb duchowych coraz bardziej towarzyszy zaspokojenie potrzeb ciała: wellnes, spa, wreszcie gastronomia. Restauracje przestały być miejscami „zaspokojenia żywieniowych potrzeb świata pracy”, stając się często atrakcjami turystycznymi.
Stereotypy i skrajności
Moda na ekoturystykę, geoturystykę, ambitną turystykę krajoznawczą nie obejmie z pewnością całego społeczeństwa. Czy jednak należy traktować te formy jako potencjalnie elitarne i rezygnować z ich aktywnej promocji?
Kreatorów turystyki niejednokrotnie cechują skrajne postawy. Jedni uważają, że o efektywności wypoczynku decydują wyłącznie wybory jego potencjalnych uczestników, które ograniczają się niekiedy do modelu „lato =plaża + dyskoteka”. Inni z kolei pragną, aby w czasie wolnym wypoczywający przekształcili się w swoiste encyklopedie wiedzy o regionie, sugerując jako jedyne bardzo ambitne programy wypoczynku, „bombardując” uczestników dużymi porcjami, nie zawsze strawnej, wiedzy.
Wydaje się, że racjonalne podejście, to podejście środka. Gdy potrafimy w naszych przekazach promocyjnych skutecznie oddziaływać na wyobraźnię uczestników, wywołując zachwyty wyjątkowością propagowanych miejsc („och”, „ach” itd.), to uda nam się – przynajmniej w części społeczeństwa – spowodować zainteresowanie bardziej ambitnymi programami turystycznymi, przejawiający się autentycznym „apetytem na krajoznawstwo”.
Teraz społeczeństwo znajduje się pod silnym wpływem kultury masowej, jest odbiorcą identycznych lub podobnych, nie zawsze przecież ambitnych, treści. Także w dziedzinie turystyki potęguje się liczba ofert kierowanych do zwolenników jednolitych form zabawowej, rozrywkowej formy spędzania wolnego czasu. Czy jednak ten wolny czas należy „spędzać”, czy może lepiej w trosce dobro uczestnika propagować jednak bardziej atrakcyjne „wypełnianie” wolnego czasu. Jest on przecież coraz bardziej cenny, jakże niekiedy trudny do wygospodarowania.
Czy przejawem kultury masowej nie są – skądinąd przecież „marketingowo słuszne” pakiety turystyczne, upowszechniające konsumpcyjne podejście do turystyki, uwalniające od samodzielnego planowania imprez, co wielu osobom powinno dać satysfakcję. Ich atutem – z drugiej strony – jest przecież umożliwienie prawie jednoczesnego korzystania z wielu usług po przystępnych cenach.
Działalność Polskiej Organizacji Turystycznej, w tym doroczna rywalizacja o Certyfikat POT za najlepszy produkt turystyczny, a także inne konkursy dowodzą, że przyszłością turystyki nie muszą być jedynie standaryzowane oferty ujęte w pakietach. Znaczna część turystów indywidualnych, rodzin, grup nieformalnych nie oczekuje „prowadzenia za rękę”, ale jedynie pewnych sugestii. Konkursy pomagają wybrać najlepszych, najbardziej innowacyjnych, ułatwiają dokonanie wyboru wśród coraz bogatszej oferty. W ich efekcie wzrasta popyt na usługi specjalistycznych biur podróży „szyjące ofertę na miarę”, „sprzedających” tak cenną wiedzę.
Czy przejawem kultury masowej nie są powszechnie dostępne usługi spa. Czy usługi te zmniejszają w pewnym stopniu zainteresowanie przebywaniem w uzdrowiskach, czy też może propagując zdrowy styl życia, są zachętą do ich odwiedzania. Nie negując walorów spa, trzeba zauważyć, że potencjał uzdrowisk jest znacznie szerszy i oznacza też zapewnienie kuracjuszowi-turyście regeneracji psychicznej, w wyniku tak potrzebnej zmiany otoczenia.
Mecze, wielkie imprezy kulturalne, plenerowe festyny zatrzymują mieszkańców miast, choć niekiedy są magnesem dla przyjezdnych, propagują sport, turystykę, kulturę i postawy proekologiczne „Dzień Ziemi”, „Święto Wisły”.
W dzisiejszych czasach nie istnieje ścisłe rozgraniczenie pomiędzy turystyką masową i elitarną, a pojęcia te z biegiem lat zmieniły swoje znaczenie. Powszechnej krytyce turystyki masowej, jako tej, która często nie niosła z sobą wartościowych treści i była obarczona licznymi dysfunkcjami, nie towarzyszą przecież wezwania do kreowania i promowania przede wszystkim turystyki elitarnej. Turystykę masową uprawiana w dużych grupach zastąpiła masowość turystyki jako modelu wypełniania wolnego czasu. Preferowana jest jest jednak turystyka indywidualna, rodzinna i w grupach nieformalnych.
Jednocześnie problem rozwoju turystyki społecznej, nie znajduje właściwego ujęcia w najważniejszych dokumentach strategicznych, eksponujących dziś przede wszystkim jej funkcje ekonomiczne. Wspomniane dokumenty i kreowane w wyniku realizacji zawartych w nich postanowień, idą kierunku budowania wielu kampanii promocyjnych. Spodziewanym efektem tych kampanii nie jest jednak powracanie do masowych form turystyki, ale do jej umasowienia postrzeganego jako systematyczne zwiększanie udziału społeczeństwa w różnych formach turystyki, zgodnie z zainteresowaniem (spełnianiem marzeń) jej uczestników. Jednak – czy przy braku społecznej polityki turystycznej – te ujawniające się zainteresowania będą zgodne z faktycznymi potrzebami regeneracji psychofizycznej kolejnych pokoleń? Czy potrafimy zainteresować mniej konwencjonalnymi formami turystyki?
Szanse deglomeracji
W poszukiwaniu dogodnych miejsc wypoczynku, uciekamy się często do wnikliwego studiowania bardzo dokładnych map, na których znajdziemy oczekiwane miejsca położone „daleko od szosy”
Takie miejsca, wbrew pozorom, można odnaleźć także w polskich miastach, które przecież nie muszą być odwiedzane tylko przy okazji pobytu w pobliskich miejscowościach wypoczynkowych, zwłaszcza w sytuacji złej pogody.
Miasta mogą być i stają się coraz częściej celem „samym w sobie”, a tym celem nie musi być tylko starówka czy współczesne centrum. Można więc mówić także o deglomeracji ruchu turystycznego w obrębie dużych centrów turystyki. Promotorzy berlińskiej turystyki czynią dużo, aby turyści nie odwiedzali jedynie wokół Bramy Brandenburskiej, Wyspy Muzeów, Unter den Linden. Podobnie postępują organizatorzy turystyki innych miast europejskich.
Czy nieznana część miasta, położona nieco dalej od uczęszczanych traktów, może być atrakcyjna także dla turystów? Z pewnością tak, zważywszy przede wszystkim na lokalny koloryt, łatwiejszy do zachowania właśnie w odległych zakamarkach miasta. Polskie przykłady muszą krzepić. Oto krakowski Kazimierz, któremu po okresie zapomnienia przywrócono urodę i atmosferę dawnego miasta, a potem dzielnicy żydowskiej. To także dzielnice Katowic – Nikiszowiec i Giszowiec, o niepospolitej architekturze, miejsca, w których można spotkać się z prawdziwą śląskością (gwara, obyczaje, kulinaria), czy też łódzkie manufaktura i Księży Młyn. Promowaniu nieznanych zakątków miast służą święta ulic – Świętego Tomasza i Krupniczej – w Krakowie, Cieszkowskiego w Bydgoszczy, imprezy na warszawskiej Saskiej Kępie. Od kilku lat, w czerwcu na warszawskiej ulicy Tarczyńskiej odbywają się „Mironalia” poświęcone pomięci Mirona Białoszewskiego i Edwarda Stachury. Przedstawienia na podwórzach, klatkach i zaułkach, wystawy, pokazy, kiermasze – są niewątpliwie (wcale nie lokalnym) produktem turystycznym, angażującym galerie, sklepy i zakłady usługowe.
Pomysłów na różne formy deglomeracji turystyki może być bardzo dużo. Ów wysublimowany produkt turystyczny można budować obficie czerpiąc z choćby także z miejskiego folkloru. Ważne, aby działania te nie były jedynie incydentalne i pozostawiły trwały ślad w katalogach, przewodnikach, najmniejszych zwłaszcza w pamięci odwiedzających.
Jan Paweł Piotrowski



