Niedziela, 10 sierpnia, przed południem. Z pewną nieśmiałością biorę telefon do ręki – zadzwonić nie zadzwonić? Przecież to dzień świąteczny, nowi mieszkańcy Koziegłów uznają mnie za intruza, który „atakuje” w najmniej odpowiednim czasie. Ale gazeta i jej rytm wydawniczy nie mogą czekać. Więc uprzejmie się przedstawiam, przepraszam, proszę o wyrozumiałość. Pan Władysław przerywa i w swoim pięknym wschodnim akcencie informuje: „myśmy czekali na Pani telefon, już od soboty”.
Nie mija godzina od tego telefonu a jestem już u bramy szkolnej w Koziegłowach. Wychodzi mi naprzeciw młody uśmiechnięty mężczyzna – Władysław Gorański. I prowadzi do swojego mieszkania. Śliczna Ksenia, jego żona, wita zaraz w drzwiach, trzymając na rękach 1,3 – letniego Michałka. Artiom, starszy syn, w wieku 5,5 lat przygląda mi się uważnie. To dla rodziny Gorańskich jeszcze wciąż pierwsze odwiedziny tutejszych, nie ma się co dziwić dziecku, że lustruje wchodzącą.
.jpg)
Są tak uśmiechnięci i gościnni, że od razu atmosfera robi się przyjazna. Oglądam więc mieszkanko urządzone dla nich przez personel gminny a potem siadam przy ławie, by spisywać ich historię, którą na przemian – Władysław i Ksenia – chętnie opowiadają.
Do domu mają 5000 km. Ale to chyba nie najlepszy początek opowieści, bo przecież ich dom jest już tutaj, w Koziegłowach, gmina Kleczew, powiat koniński. Toteż zapiszmy tak: Nowodolinskoje to wieś w środkowo-wschodnim Kazachstanie, gdzie po życiowych dramatach wysiedleń trafili dziadkowie Władysława. Tu na świat przyszły następne trzy pokolenia – rodziców Władka, jego pokolenie i pokolenie synków. Tu osiadł po studiach na uniwersytecie technicznym w Karagandzie, podejmując pracę w kopalni węgla kamiennego. Tymczasem jego 25-letnia żona Ksenia, ukończywszy wydział lingwistyczny (język angielski i francuski) na Państwowym Uniwersytecie im. Akademika E.A. Buketova w Karagandzie, przez dwa lata była nauczycielką języka angielskiego w miejscowej szkole, a później zajęła się wychowaniem chłopców. Ale od początku małżeństwa wciąż towarzyszyło im marzenie, zaszczepione przez babcię, żeby wrócić do ojczyzny.
.jpg)
5 lat trwały wszelkie formalności z uzyskaniem dokumentów repatriacyjnych. Ich rówieśnicy z Karagandy, także Polacy, poddawali się w trakcie żmudnych starań o stosowne wizy. Władek i Ksenia byli tak zdeterminowani, że dwa razy w tygodniu jeździli na lekcje szlifować język polski do odległej o 50 km Karagandy i mimo awansów Władysława w kopalni – został głównym energetykiem oraz zupełnie przyzwoitego standardu życia (rok temu kupili sobie domek)- nie przestawali wyglądać ofert z Polski przyjęcia ich w ojczyźnie jako repatriantów.
W 2012 r. pojawiły się dwie oferty, obie jednak nie gwarantowały mieszkania. A gdy w tym roku nadeszła ta jedna jedyna oferta z gminy Kleczew – z mieszkaniem, z szansą na pracę i ewentualne wsparcie socjalne – nie wahali się długo. Władysław był dwa razy w Polsce, ale, co oczywiste, nigdy wcześniej nie słyszał o małej wiosce pod Kleczewem. Zaufał tym, którzy w całym tym wielkim przedsięwzięciu wzięli udział, zapraszając rodzinę Gorańskich do osiedlenia się w Koziegłowach: burmistrzowi Markowi Wesołowskiemu, sekretarz UGiM Kleczew Ewie Staroojciec i dyrektorowi PCPR w Koninie, Elżbiecie Sroczyńskiej.
.jpg)
Podróż z poniedziałku na wtorek (5/6 sierpnia) to podróż do nowego życia. Zostawili za sobą nie dość, że szmat drogi (podróżowali z Astany przez Kijów do Warszawy samolotem, następnie spod lotniska „Okęcie” odebrani busem przez panie Staroojciec i Sroczyńską), to i rodziny, przyjaciół, którym nie było dane zrealizować marzenia o zamieszkaniu w Polsce. Codziennie Władysław „spotyka się” na skypie z pozostałymi w Nowodolinskoje – o 4 rano „odpala” Internet (w Kazachstanie +4 godziny) i relacjonuje dzień po dniu w nowej – odzyskanej ojczyźnie.
A może pochwalić się ładnym odnowionym i umeblowanym mieszkankiem przylegającym do szkoły w Koziegłowach. Jeden pokój przeznaczony jest dla dzieci; tu króluje piętrowe łóżko, biurko, liczne zabawki. Drugi pokój to pokój rodzinny, z zestawem szaf i regałów, z ławą, z kanapą i telewizorem. Bardzo pięknie wygląda kuchnia. Pani Ksenia nie może wyrazić nadmiaru wdzięczności za tak gustownie urządzoną kuchnię. Na powitanie państwo Gorańscy zastali lodówkę wypełnioną po brzegi wszelkimi wiktuałami. Do tego funkcjonalna łazienka, wszystkie niezbędne instalacje i armatury. A z okien widok na zielony ogród i sad. Kilka kroków od posesji szkolne podwórze, gdzie dzieciaki mogą się bawić na huśtawkach i karuzelach. Jest też boisko szkolne, coś, co z czasem okaże się pewnie największą atrakcją dla Artioma i Miszy.
.jpg)
Żeby małżonkowie mogli być bardziej mobilni, otrzymali od gminy dodatkowo dwa rowery. Władysław już objeżdża na swoim koziegłowskie ścieżki, poznaje okolice i sąsiadów. Zajrzał do miejscowego sklepu, gdzie został bardzo serdecznie obsłużony. Udało się też zorganizować dla Artioma i jego taty miniwycieczkę na Tręby, do gminnego ośrodka wypoczynkowego; w upalny dzień kąpiel w jeziorze była wielką przyjemnością, a jeszcze ekstra atrakcję stanowiła jazda konna w okolicznym gospodarstwie agroturystycznym.
W tym wszystkim, o czym opowiadają Władysław i Ksenia, pobrzmiewają słowa wdzięczności wobec Marka Wesołowskiego, Ewy Staroojciec, Elżbiety Sroczyńskiej i tych wszystkich bezimiennych, którzy są autorami tego cudownego scenariusza pod tytułem „sprowadzenie państwa Gorańskich do Polski, do gminy Kleczew”. Bo tylko kumulacja dobrej woli, empatii i najlepszych instynktów mogła się przyczynić do tego stanu finalnego. Dla Gorańskich – jednocześnie stanu początkowego. Ale nie starczy tylko trzymać za nich kciuki – oni, Polacy, potrzebują od nas prawdziwej polskiej gościnności i zaopiekowania. Żeby potwierdził się ich najsłuszniejszy, a tak marzony przez lata, wybór. Świętej pamięci babcia Władysława nie doczekała tego momentu. Ale pewnie gdzieś TAM oręduje za nimi i ze swojej Wiekuistej Ojczyzny, która być może jest spełnieniem jej snu o Polsce, czuwa nad czwórką przybyszów na ziemię kleczewską. Ich ziemię obiecaną.
Ewa Matyba



