Kto właściwie ma z tym problem? Rodzice, którzy nie zawsze wiedzą, jak poskromić mocno kapryśne, roszczeniowe dziecko? Współpodróżujący, narażeni często na nieskoordynowane ruchy znudzonego malucha? A może samo dziecko, które ma niewielkie obycie z miejscem i przestrzenią do dyspozycji?
Dziecko, podróżując z rodzicami lub opiekunem, jest pełnoprawnym pasażerem i klientem danego środka komunikacji. Korzystając ze standardowych usług, winno jednak podporządkować się ogólnie przyjętym zwyczajowym lub regulaminowym zasadom.
I tak, na przykład, przed wejściem na pokład samolotu (gdzie podróże relatywnie są najdłuższe), żeby uniknąć niesfornego zachowania i donośnego płaczu, zaleca się, by rodzice, planując podróż, zaplanowali też drobny zakup dziecięcych „atrakcji”: kolorowanki, kredki, książeczki, gry. Często już linie lotnicze mają w swojej ofercie bajki i gry na ekranach, ale dobrze jest wcześniej poznać standard pokładowych usług. Oprócz tego, że dziecko będzie przez jakiś czas zajęte manualnie albo zamieni się w słuchacza lub widza, rodzice z przyzwoitości i z uwagi na innych pasażerów zobowiązani są do kontrolowania reakcji dziecka. Niezwykle uciążliwe dla obcych są wszelkie oznaki nadpobudliwości dziecięcej, zniecierpliwienia dziecka, kopanie w tył oparcia fotela, chodzenie po fotelu, któremu towarzyszy potrącanie siedzących obok. Takie dziecko to intruz, przed którym bronią się wymagający komfortu podróży pasażerowie.
.jpg)
fot. Robert Lachmann
Niektóre linie lotnicze, wiedząc o obawach podróżnych w związku z obecnością na pokładzie dzieci, wprowadziły zakaz podróżowania dzieci w klasach biznesowych. Tak na przykład jest w prestiżowych Malaysia Airlines. Inne, „rekompensując” sobie niezadowolenie podróżnych, każą płacić za maleństwo, mimo że podróżuje na kolanach rodziców (Ryanair stosuje opłatę 142 zł za dzieci w wieku od dwóch tygodni do dwóch lat). Ale z danych wynikających z analizy przeprowadzonej przez biuro podróży Tripsta.pl wynika, że i tak pasażerowie gotowi są ( w 37 procentach) ponieść wyższe koszty podróży, byleby w samolocie nie było dzieci.
W pociągu sytuacja jest analogiczna – wciąż bez zatroskanego udziału rodziców w podróży swojej pociechy, towarzystwo dziecka może być nieznośne. Oczywiście większa przestrzeń jest tu atutem a przedziały sypialne lub przedziały dla matek z dzieckiem pewną alternatywą. Tyle tylko, że warunki sanitarne na pokładzie (nawet w ciasnych toaletach) i w pociągu (tu mowa o naszych krajowych) wciąż jeszcze są od siebie o miliony lat świetlnych.
W autokarach robi się znów klaustrofobicznie dla dziecka. Bez wydatnej pomocy opiekunów podróż dla małoletniego, a zwłaszcza dla niezależnych współtowarzyszy drogi, może być upiorna. Dochodzi też, często występująca u dzieci przykra dolegliwość, zwana chorobą lokomocyjną. W tym ostatnim przypadku, naprawdę, siedzący obok, może mieć „przechlapane”! A z toalety, która najczęściej już jest na długich trasach, zaleca się „niekorzystanie”!
E.M.



