W czerwcu burmistrzem Rzymu został polityk centroprawicowej Partii Demokratycznej, Ignazio Marino. Żeby rządzić w mieście, musi przede wszystkim uregulować ogromne długi, w jakich jest Rzym pogrążony. Bez natychmiastowej pomocy stołeczni politycy i zarząd miasta będą musieli ogłosić bankructwo.
.jpg)
Burmistrz apeluje do rządu o wsparcie, informując o 867 milionach euro długu Wiecznego Miasta. Zaproponował też ogólnokrajową kampanię pod hasłem ratowania Rzymu. Ograniczył sumę pieniędzy, jaką ma do dyspozycji zasiadając w gabinecie burmistrza – pomniejszył ją 15-krotnie i zamiast 7,3 mln euro, będzie dysponował kwotą 500 tys. euro.
Trzeba jeszcze znaleźć inne radykalne środki powstrzymania zadłużenia. Rozważa się sprzedaż niektórych miejskich nieruchomości, podniesienie podatków, zmniejszenie kontraktów z firmami dostarczającymi miastu różnego rodzaju usługi, likwidację niepotrzebnych spółek.
Ignazio Marino liczy też z pewnością na pieniądze z funduszy unijnych; jego kolega „po fachu”, burmistrz Sofii, otrzymał z tej puli dla swojego miasta 1,5 miliarda euro, co wydatnie zasiliło budżet bułgarskiej stolicy.
I rzeczywiście, ratowanie miasta możliwe jest raczej za sprawą restrykcyjnego porządkowania struktur miejskich i wyciągania proszebnej ręki po pieniądze unijne, niż przy udziale rządowych pieniędzy. Bo akcja ratowania Rzymu z kryzysu dokładnie zbiegła się w czasie z kryzysem rządowym. Dla mieszkańców stolicy i przybywających tu turystów kryzys widoczny jest gołym okiem: zamykane sklepy z odzieżą i artykułami spożywczymi, likwidacja ok. 200 barów i 250 restauracji i cena kawy, która zaczyna być luksusowym dodatkiem dla zwiedzających.
E.M.



