Ulica jako atrakcja

Wrażliwość jest cechą coraz liczniejszych podróżników z uporem godnym lepszej sprawy penetrujących zakamarki wielkich i zgoła małych miast czy miasteczek. Docierają oni w okolice, do których nie prowadzą  (z oszczędności papieru, z braku wiedzy i chęci?) przewodniki turystyczne.

Czy boczna, peryferyjna, bądź co bądź, ulica, nie poddawana przez lata (albo nigdy) tak modnym dziś procesom rewaloryzacyjnym, a przez to nie komunikująca wprost o ludziach i czasach przeszłych, może być ciekawa?    Doświadczenia wskazują, że dziś coraz częściej – tak!

Potrzebni są jednak ci, którzy owo piękno pokażą wprost. Palcem. 

Geografia Tarczyńskiej

Na tyłach hotelu „Jan III Sobieski”, przy Placu Zawiszy Czarnego w Warszawie, mniej więcej równolegle do ulicy Grójeckiej, biegnie ulica Tarczyńska, na której zatrzymał się świat. Stare, przedwojenne kamienice, podwórka – studnie, bawiące się przy trzepaku dzieci, małe sklepy, kawiarenka,. Galeria sztuki, księgarnia, kwiaciarnia, szewc. Rzadko trafia tu ktoś, nie powodowany życiową koniecznością. Nie zawsze tak bywało. Była to kiedyś ulica żywa, środkiem pokrytej kocimi łbami jezdni wiodły tory popularnej kolejki WKD (dawniej EKD). Kolejka ta, rozpoczynająca trasę przy ulicy Marszałkowskiej, zachowując się jak tramwaj, biegła ulicami Ochoty– Nowogrodzką, Tarczyńską, Niemcewicza, Szczęśliwicką. Po opuszczeniu miejskiej zabudowy przeistaczała się w pociąg dowożący pasażerów m.in. do Komorowa, Podkowy Leśnej, Milanówka i Grodziska Mazowieckiego.

Ulica Tarczyńska, gdzieś prawie do końca lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, zachowała gazowe latarnie i charakterystyczne rynsztoki, którymi płynęły m.in. parujące ścieki z tutejszej pralni. Była zawsze dla mnie egzotyczna: jazgotem kolejki, zapachem pieczywa i… siana z piekarnianych stajni (konie rozwoziły pachnący chleb), bladym światłem gazowych latarni, odgłosami z licznych warsztatów rzemieślniczych.       

Duch ulicy

Dobrym duchem Tarczyńskiej był wybitny, i nie w pełni doceniony za życia, poeta Miron Białoszewski (1922- 83). Jego życie było bardzo bujne i zaskakujące. Studiował polonistykę. Był sortownikiem listów na poczcie głównej w Warszawie, reporterem gazetowym. W 1955 roku założył w mieszkaniu prywatnym przy tej ulicy „Teatr na Tarczyńskiej”. Rok później ukazał się pierwszy tomik jego wierszy „Obroty rzeczy”. Za życia nie był doceniany, jeśli nie liczyć środowiska literatów. Zasłynął z piosenek śpiewanych z muzyką Zygmunta Koniecznego przez Ewę Demarczyk. Rozgłos przyniósł mu wydany w 1971 roku „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego”. W burzliwym 1980 roku otrzymał Nagrodę Literacką m.st. Warszawy. Wcześniej i wkrótce później takiej nagrody nie mógłby już z pewnością otrzymać.

Dobry duch zacnego Mirona, poety towarzyskiego i poety – samotnika, wspaniałego obserwatora życia a przez to udanego prześmiewcy – rozsławić miał kiedyś ten zakątek Warszawy. Podobno przyjaciele przedstawiali mu… swoje domy, dzieci,  koty,  a on… nadawał im lepszą formę.   Miłośnicy jego twórczości i dawni przyjaciele, a także odkrywcy zgoła nowi, postanowili odwdzięczyć się mistrzowi. To, co dorocznie trwa w czerwcu w bramach, podwórkach i zaułkach ulicy, jest najlepszym dowodem szacunku okazywanego mistrzowie. TO „Mironalia”, które uczą wrażliwości.

Niekochane zakamarki

„Mironalia: czyli „Tarczyńska ku wyżynom” – te hasła budzą corocznie na cały dzień spokojną ulicę. Jest to chyba jednak zakłócenie spokoju miłe i twórcze, gdyż na stale wprowadziło się do kalendarza wydarzeń, już tylko lokalnych. Podwórka – studnie, bramy, zaułki koło trzepaka, a nawet niektóre mieszkania. Wszystko to wypełniają Ludzie  Kultury. Są więc zaułki teatru, muzyki podwórkowej, bajek dla dzieci, Otwierają swoje kramy księgarze, galerie sztuki.
Spotykamy znajomych aktorów i piosenkarzy, ale także prezentujących wysoki poziom amatorów.

Tarczyńska odetchnie po jednodniowej imprezie. Ale teraz – przynajmniej przez niektórych – będzie postrzegana inaczej. Być może, inne, często niepotrzebnie tak zręcznie ukrywające swoje „ja” będą teraz inaczej widziane. To, co ciekawe w Warszawie, nie kończy się przecież na Starym Mieście i Trakcie Królewskim.

***

Napisałem te słowa w 1998 r.  „Mironalia” odbywają się co rok. W międzyczasie doceniono urodę  zakątków miast, organizując np. w Warszawie święta ulic: Francuskiej (poświęcone Agnieszce Osieckiej), Foksal.  Doroczne wielkie święto warszawskich ulic – Ząbkowskiej i Brzeskiej stało się wydarzeniem międzynarodowym! „Swoje” święta mają teraz m.in. ulice – Krupnicza i Św. Tomasza – w Krakowie, „secesyjna” ulica Cieszkowskiego w Bydgoszczy i pewnie liczne inne. Turystyka niejedno ma imię.

Jan Paweł Piotrowski

Podziel się tą wiadomością ze znajomymi:

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *