Everest gdzieś tam w moich planach zawsze był – rozmowa z Moniką Witkowską

Monika Witkowska jest dziesiątą Polką i 37. osobą polskiej narodowości, która zdobyła najwyższą górę świata – Mount Everest (8848 m). Warszawianka, z zawodu dziennikarka, z zamiłowania podróżniczka.

Jesteś  od lat zaprzyjaźniona z górami, ale gdy zobaczyłaś  Himalaje  pierwszy raz to …
-… od razu wiedziałam, że ten pierwszy raz, kilkanaście lat temu, jest początkiem moich częstych powrotów w te góry. Wcześniej bywałam w różnych górach, poza tymi w Polsce w Alpach, na Kaukazie, w Andach i innych miejscach, ale Himalaje były jakoś „nie po drodze”. Ten mój himalajski pierwszy raz wiązał się z kierowanym przez Krzysztofa Wielickiego wejściem na szczyt Lobuche East, stosunkowo łatwy sześciotysięcznik. No a potem  już faktycznie wracałam do Nepalu całkiem często, zwłaszcza, że jako pilot prowadziłam tam grupy turystyczne i wyjazdy incentive.

Dlaczego Everest?
– Everest gdzieś tam w moich planach zawsze był. Ale raczej tylko w sferze marzeń na daleką przyszłość. Tymczasem na jesieni ubiegłego roku niewypaliła polska wyprawa, w której składzie byłam – mieliśmy zdobywać, od strony tybetańskiej, inny ośmiotysięcznik: Cho Oyu (8201 m). Problem w tym, że Chiny zamknęły Tybet i na tydzień przed wyjazdem trzeba było wyprawę odwołać. Zostałam z biletem lotniczym, którego nie mogłam zwrócić, za to mogłam zmienić daty podróży, miałam potrzebny sprzęt, byłam fizycznie wytrenowana (wcześniej przez wiele miesięcy prawie codzienne biegałam, choć ja tak naprawdę nie lubię biegać! ), doszłam więc do wniosku, że z tym Everestem to jak nie teraz, to pewnie nigdy. Nie miałam wprawdzie potrzebnych pieniędzy, bo Everest to wyjątkowo droga góra (wersja niskobudżetowa, czyli taka jak moja, bez indywidualnego Szerpy, z ograniczonym bardzo tlenem, wynosi 30 tys. dolarów), ale stwierdziłam, że cóż, wykorzystam oszczędności odkładane przez lata na wykupienie mojego mieszkania, a że sezon na Evereście to wiosna (kwiecień-maj), miałam  pół roku na szukanie sponsorów. Ze sponsorami łatwo nie jest, ale coś tam się udało – finansowo pomogły takie firmy jak m.in. Itaka, Compensa i Goodyear, a sprzętowo – m.in. Samsung, Salewa, Robert`s, GoPro, Meindl czy Timex. Na to, co zabrakło, wzięłam pożyczkę. Wiem, wiele osób nie może zrozumieć, jak zamiast mieszkania czy samochodu można wybrać męczące i ryzykowne zdobywanie góry, ale przecież raz się żyje . W każdym razie nie żałuję – wycisk dostałam niezły, za to mam dużo satysfakcji z tego że się udało i poza tym wiem już jak tam jest, bo obraz Everestu jaki ma większość z nas, m.in. na podstawie doniesień medialnych, jest mocno wypaczony. Kogo interesuje prawda o Evereście – zapraszam na mojego wyprawowego bloga (www.everestexpedition.pl) oraz do książki, która ukaże się na jesieni, nakładem wydawnictwa „Bezdroża”.

Co jest najtrudniejsze w realizacji wyzwań, jakimi są ekstremalne wspinaczki wysokogórskie?
– Już samo przebywanie na dużych wysokościach jest dla organizmu wielkim wyzwaniem. Mała zawartość tlenu w powietrzu (na szczycie Everestu jest go tylko 33% w stosunku do ilości na poziomie morza) sprawia, że każdy krok, każda czynność wywołują tam zadyszkę, że ma się problemy z oddychaniem i w ogóle organizm inaczej funkcjonuje. W końcu nie na darmo mówi się, że wysokości powyżej 7900 m n.p.m. to już strefa śmierci. Mało kto ginie tam od upadku w przepaść, zawalenia się seraków (zdarza się przy przejściu tzw. Ice Fallu, lodowca pomiędzy bazą a obozem I) czy wpadnięcia w szczelinę. Najczęstsze przyczyny śmierci to spowodowane wysokością obrzęki mózgu i płuc czy zawały serca. Świadomość zagrożeń to spory stres. W tym roku na Evereście zginęło 8 osób, i tak mniej niż np. w ubiegłym, ale i tak o osiem za dużo. Poza tym nie jest przyjemne, jeśli z kimś rozmawiamy, robimy sobie wspólne zdjęcia, a tydzień później ta osoba ginie (miałam taką sytuację ze swoim rosyjskim kolegą), albo kiedy na grani podszczytowej, idąc w nocy, trafiamy na leżące zwłoki wspinacza, który zmarł dzień wcześniej z wyczerpania.

Z niebezpieczeństwami jest jednak tak, że każdy zakłada, że akurat nie jego trafi, choć… były osoby które postanowiły nie ryzykować i zakończyły wyprawę już na samym początku, bo nie były w stanie przejść niebezpiecznego Ice Fallu. Przeraża ich, że trzeba przeskakiwać nad szczelinami albo pokonywać mało przyjemne poziome drabinki, pod którymi jest nawet kilkudziesięciometrowa głębia. Jednak dla większości osób główny problem stanowi nie samo wspinanie się, zwłaszcza atak szczytowy, wysiłkowo porównywany do trudnego maratonu, ale półtora miesiąca życia w namiotach, w gronie ciągle tych samych ludzi, z myślami o niepewności jutra i tęskniąc do bliskich. Przy tanich agencjach (jak moja), dochodzi jeszcze kiepskie jedzenie (najbardziej brakowało mi chleba i świeżych warzyw/owoców), sprawiające że szybko opada się z sił, brak możliwości dbania o higienę, no i zimno (w obozie III temperatura w moim namiocie wynosiła -22 stopnie, na zewnątrz dużo więcej). Wiele osób rezygnowało właśnie z tych powodów – nie dochodzili nawet do połowy góry i uznawali, że się pomylili, że to jednak „zabawa” nie dla nich.

Chodząc po tak groźnych szczytach nie sposób nie myśleć o lęku. Czego się boi Monika Witkowska?
– Wiadomo, żeby nie zostać na danej górze na zawsze, bo przecież za każdym razem obiecuję rodzinie że wrócę, a poza tym mam tyle kolejnych pomysłów do zrealizowania. Nie ma co kryć – to co robię w swoim życiu, czy to w górach, czy w ramach swoich żeglarskich wypraw, albo podróżując samodzielnie w różne mało „turystyczne” zakątki świata, jest w dużym stopniu „ekstremalne” i mówienie, że się nie boję, świadczyłoby albo o tym, że mówię nieprawdę, albo że jestem nieodpowiedzialna. Ale to taki konstruktywny lęk, zmuszający do słuchania intuicji i rozsądnego podejmowania decyzji. Tacy ludzie jak ja, czyli miłośnicy szalonych wypraw, szczególnie kochają życie i wcale nie chcą się z nim rozstawać.

Czy można powiedzieć, że zdobywanie Góry Gór to połączenie strachu z adrenaliną, podnieceniem?
– Na pewno. W górach wszystkiego przewidzieć się nie da – może zepsuć się pogoda, zawieść sprzęt, partner, albo sami popełnimy błąd. Adrenalina wywołana niepewnością, czy się uda, zawsze jest. Na dużych wysokościach, zwłaszcza we wspomnianej strefie śmierci, przestaje się racjonalnie myśleć, ruchy powolnieją, najprostsze rzeczy, choćby ubranie się, sprawiają problem. No ale gdy się uda, to dopiero jest radość i satysfakcja!


E. Hemingway powiedział, że prawdziwymi sportami są tylko: corrida, wyścigi samochodowe i alpinizm. Czy się z tym zgadzasz?

– Hemingway pewnie miał na myśli sporty dla faceta swoich czasów. Dla mnie corrida w ogóle nie jest sportem, wyścigi samochodowe mnie nie fascynują, a co do alpinizmu czy himalaizmu, to tylko niektóre jego formy można zaliczyć do sportu (wejścia bez tlenu, wejścia zimowe czy nowe drogi). Ja w przypadku gór nie mam ambicji sportowych, nie muszę robić megatrudnych dróg. Interesuje mnie nie tylko wejście na szczyt, ale też cała otoczka – ciekawostki związane z górą, ludzie których tam spotykam…

Czego nas uczą góry, te prawdziwe góry?
– Długo by wymieniać: wytrwałości, hartu ducha, walki ze swoimi słabościami, zaradności (kto na nizinach wpadnie, że boleśnie pękającą na palcach skórę świetnie można sklejać klejem superglue? ). Równocześnie uczą też cieszyć się tym, co mamy na co dzień, a czego często nie doceniamy – po kilku tygodniach mieszkania w namiotach, w spartańskich warunkach (wyprawa na Everest trwa prawie dwa miesiące), człowiek wraca do domu i zaczyna dostrzegać, jak fajne są takie wynalazki jak łóżko albo wanna. Może niektórzy chcieliby usłyszeć jeszcze coś na temat solidarności międzyludzkiej, wzajemnej pomocy, ale tu akurat rozczaruję. Wyszkolona w harcerstwie, a potem w Studenckim Kole Przewodników Beskidzkich, mam wpojone różne etyczne zasady, których u większości innych wspinaczy w górach wysokich jakoś nie zauważam. Nie raz już się przekonałam, ze tam akurat nie ma sentymentów – trzeba liczyć głównie na siebie. Na Evereście jest to szczególnie charakterystyczne – jeśli ludzie płacą 35-100 tys. dolarów za wyprawę, liczy się dla nich tylko cel jakim jest wejście na szczyt, nie oglądając się na potrzeby czy problemy innych.

Czy alpinizm, wraz z postępem technologicznym nie uczyni z gór kolejnej atrakcji turystycznej?
– Już uczynił, ale dopóki człowiek przejawia szacunek do gór i natury, nie widzę w tym niczego złego. W końcu to chyba dobrze, że ludzie zamiast siedzieć przed telewizorem, wyruszają w góry, na trekingi lub wspinaczkę. Korzystają też miejscowi, bo dzięki przybyszom zarabiają, budują lepsze domy, mają pieniądze aby kształcić dzieci.

Everestu jest specyficzny. Fakt, zdarzają się tam osoby, które znajdują się tam przez pomyłkę, a jeśli nawet staną na szczycie, to wyłącznie dzięki pomocy Szerpów, większość wspinaczy to jednak ci, którzy są prawdziwymi pasjonatami gór i realizują swoje hobby już od wielu lat.

Oczywiście trochę ludzi na Evereście jest – w tym roku zezwolenia na wspinaczkę wydano 320 osobom, no ale trudno się dziwić – w końcu to najwyższa góra świata. Kolejki? Skoro na atak szczytowy cały ten „tłum” ma zwykle tylko kilka dni w roku, w trakcie majowego okna pogodowego (potem przychodzi monsun), zrozumiałe, że przestoje na poręczówkach się tworzą (tym bardziej że jest tam skalny odcinek, który wielu osobom sprawia problem). Z drugiej strony na Evereście dostaje się w kość i nawet przy postępie technologicznym, nie jest to góra dla każdego. Na pewno kolejka linowa w najbliższym czasie tam nie powstanie, a dla wielu osób już samo dojście do Base Campu (bazy pod Everestem), znajdującej się na wysokości 5300 m, czyli 3,5 km w pionie poniżej szczytu, jest już tak dużym wyzwaniem, że o wspinaniu wyżej wcale nie marzą.

Jakie wyzwania na przyszłość, skoro najwyższa góra już zdobyta?
– Pomysłów nie zabraknie, bo przecież są jeszcze inne góry – niższe, ale trudniejsze technicznie, tyle że mniej medialne, więc nawet nikt nie będzie wiedział, że je zdobywam. Ale w końcu realizuję swoje pasje dla siebie, a nie po to, by się nimi chwalić. Niektórzy pytają o Koronę Ziemi – w tym przypadkiem problemem są pieniądze, bo większość szczytów należących do Korony już zaliczyłam, a barierą jest stosunkowo łatwy, ale bardzo drogi (35 tys. dolarów) Mt Vinson – najwyższa góra Antarktydy. Za to na pewno wrócę do żeglarstwa polarnego – w końcu to moja główna pasja, a mam już w tej dziedzinie sporo doświadczeń (Przejście Północno Zachodnie, Antarktyda połączona z Przylądkiem Horn i in,) i warto byłoby to kontynuować. Swoją drogą mój rejs na Czukotkę przez Morze Beauforta, Czukockie i Beringa, jaki miał miejsce dwa lata temu (pokonanie małym jachtem w dwuosobowej ekipie trudnej trasy, której nikt wcześniej nie zrobił), było tak naprawdę dużo większym, jak też bardziej niebezpiecznym osiągnięciem niż obecna wyprawa na Mt Everest. Tyle że Everest każdy kojarzy, a polarne regiony są dla większości z nas białą plamą.
Póki co muszę spłacić everestowe długi, co oznacza, że wracam do normalnej pracy, czyli m.in. pilotowania grup. Tylko może chwilowo tam gdzie ciepło!

TTG sprawowało patronat medialny nad wyprawą na Everest. Relację z wyprawy można przeczytać na blogu http://www.everestexpedition.pl/wyprawa-dzie-po-dniu

Podziel się tą wiadomością ze znajomymi:

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *