Overbooking, czyli nadprogramowa sprzedaż puli miejsc, jest praktyką powszechnie stosowaną przez linie lotnicze. Działa tu prosta zasada: im bardziej popularna trasa lotu, tym większe prawdopodobieństwo wystąpienia nadrezerwacji. Ale co zrobić, gdy to nam zdarzy się wyrzucenie z listy pasażerów, mimo że dopełniliśmy wcześniej wszelkich formalności związanych z rezerwacją podróży?
Ktoś, kto po raz pierwszy przymierza się do wejścia na pokład samolotu i trafi na rejs, w którym wymusza się na nim zmianę terminu lotu, bo maszyna ma nadrezerwację, na pewno przeżyje ogromny stres. Bo niespodziewana zmiana planów wzbudza poczucie zagrożenia, wytrącenia z równowagi. Może pojawić się nadmierna agresja albo absolutna bezradność pasażera. Przecież lot samolotem może być determinowany jakąś ważną, terminową uroczystością rodzinną lub spotkaniem na wagę złota, od dawna planowanym.

fot. Robert Lachmann
Są i tacy, którzy, znając swoje prawa, nie będą wszczynać awantury ani zalewać się łzami, lecz natychmiast dociekają należnej rekompensaty. Według prawa właśnie, o ile pasażera nie z jego winy przesadza się na inny lot, przysługuje mu od 250 do 600 euro, o ile sytuacja zaszła na terenie Unii Europejskiej. Im dłuższe jest oczekiwanie na kolejny lot, tym odszkodowanie jest korzystniejsze a kwotę odszkodowania powinny zaproponować same linie lotnicze. Często, oprócz odszkodowania za przesunięcie naszego wylotu, podróżny otrzymuje od linii lotniczych noclegi w hotelu do czasu kolejnego rejsu i talony na posiłki. W przypadku, gdy linie nie poczuwają się do wypłacenia pieniędzy rekompensujących niewykonanie w terminie zapłaconej usługi, wówczas należy skonsultować się z radcą prawnym lub adwokatem, by nasze roszczenie było podstawą wniesienia sprawy na drogę sądową.
Opisana sytuacja jest o tyle prawdopodobna, o ile ma się pecha do podróży. Bo praktyka overbookingu, nie tak znowu naganna, jest stosowana zarówno przez tanie linie lotnicze jak i tradycyjnych przewoźników. Wynika to z tego, że odsetek pasażerów, pomimo dokonanej wcześniej rezerwacji, w ostatniej chwili zmienia swoje plany i nie dociera na swój lot. Przewoźnicy, bazując na statystykach, szybko się zorientowali, że z reguły wolne miejsca warto zapełnić nadprogramowymi pasażerami. Mają z tego podwójny zysk, bo przecież niestawiennictwo do odprawy nie oznacza dla przewoźnika zwrotu pieniędzy za niewykorzystany bilet, gdy tymczasem sprzedali drugi bilet na to samo miejsce. A, jak mówią analitycy, sporadycznie wypłacane ewentualne odszkodowania wciąż dla przewoźnika nie stanowią finansowego zagrożenia.
Najbardziej narażeni na overbooking są ci, którzy do odprawy pojawiają się na samym końcu. Najlepiej więc odprawić się jeszcze przed wylotem w systemie on-line lub stawić się na odprawie jak najszybciej. Bywa też, że przewoźnik negocjuje cenę odszkodowania z tymi, którzy muszą pozostać, by zwolnić podwójnie zarezerwowane miejsca. Zdarza się też paradoksalnie, że ilość chcących pozostać na kolejny lot, jest większa niż liczba konieczna – wtedy rozpoczyna się licytacja: zostają ci, którzy chcą mniejszego odszkodowania.
Naturalnie overbooking pozostawia za sobą wrażenie zwykłego oszustwa, przekleństwa i nierzetelności przewoźnika. Rzadko kiedy jest to sposób na zarobienie przez podróżnych pieniędzy, choć podobno dla niektórych jest to sposób na życie. Niestety, praktyki stosowane przez linie lotnicze stały się też praktykami hotelowymi; właściciele hoteli coraz częściej zakładają, że część gości, którzy zarezerwowali pokój, nie zrealizuje zamówienia. I wszystko działa sprawnie tak długo, dopóki nie przyjadą wszyscy goście… Wtedy już tylko żale i pretensje, zepsuty pobyt… Ale za overbooking ktoś musi ponieść odpowiedzialność finansową, choć to marne pocieszenie.
E.M.



