Powitalne wrażenia, na lotnisku i zaraz nieopodal, muszą być dla każdego turysty zbliżone: w okresie od maja do października bezchmurne niebo, górskie zbocza spalone słońcem, ascetyczna flora, cykady dokuczliwe zwłaszcza w porze największego nasłonecznienia. Transfer do hoteli zdradza od razu mocno ambiwalentny stosunek Greków do porządku, odsłania też specyfikę wyspiarskiej architektury, obliczonej na trzęsienia ziemi i życie stadne (najlepiej z balkonem, bramą, oknem vis-a-vis sąsiada lub o łokieć od niego).
Kilkunastotysięczne miasto Kos, niejako „stolica” wyspy, żyje w sezonie wyłącznie rytmem turystycznym. W porcie niezliczone oferty morskich podróży bliższych i dalszych, tawerny tętniące zwłaszcza życiem nocnym, bazarowa formuła zakupów jakby rodem zza wschodniej granicy tureckiej, labirynt uliczek. I jak to w Grecji – tu i ówdzie ślady historii antycznej w ruinie, dla tubylców element naturalnego krajobrazu, dla Europejczyka z Zachodu – niebywała gratka w fotoobiektywie.
Miasto i jego atrakcje preferują niewątpliwie Ci, którym dobrze w zgiełku nadmorskich kurortów. Dla innych – pomniejsze miasteczka, osady, plaże. Tu greckie klimaty, z zapachami, spowolnieniem, dystansem do wszystkiego są lepiej widoczne. Wystarczy odległość 2-3 km od centrów turystycznych wyspy, by zanurzyć się w egzotykę Południa.
Regułą grecką jest hotelowy standard, zgodny z obietnicami liczonymi w gwiazdkach. Właściwie ***+ to oferta satysfakcjonująca, przy czterech gwiazdkach komfort pobytu jest niezaprzeczalny, hotele 5-gwiazdkowe nie uchybiają w niczym. Baza campingowa na wyspach greckich, w tym i na Kos, niestety dość ograniczona, bo potencjalny turysta przybywa tu lotniczym czarterem, poniekąd „skazany” na rozbudowaną ofertę hotelową.
Dla Polaków na wypoczynku ciągle pobyty mierzone są długością tygodnia. O ile Anglicy, Włosi, Holendrzy, Francuzi, których na Kos wśród turystów najwięcej, mogą regulować długość pobytu „widzimisię”, tak nasi rodacy, dla których przewoźnikiem jest Centralwings (permanentnie obwieszczający opóźnienia lotów!), przybywają tu desantem z Warszawy i Krakowa raz na tydzień.
Mimo tych niedogodności, urlop na Kos można uczynić niezwykle atrakcyjnym. Po drogach (zresztą byle jakich) przemieszczają się pojazdy z wszechobecnych rent a car. Wypożyczalnie oferują za średnio 50 euro na dobę auto z klimatyzacją. W zawody na popularność z samochodami poszły quady, ale i tak nic nie dorówna ilości jednośladowców z turystami za kierownicą. Oczywiście prawidła ruchu drogowego są tu, jak to w krajach Południa, mocno ignorowane, co zatrważa nie tylko zdyscyplinowanych Niemców. Ciesząc się jednak wiatrem chłodzącym kierowcę skutera lub roweru, można obejrzeć wyspę w ciągu jednego dnia, łącznie z piaszczystymi plażami na południowo – wschodnim wybrzeżu (to ewenement; Grecja przyzwyczaja do żwirowych i kamienistych plaż).
W tygodniowy pobyt warto wkalkulować, poza rekonesansem po wyspie Kos, jednodniowe wycieczki do nieodległych portów. Wyprawa do tak bliskiej Turcji to jakby odrębne wtajemniczenie kulturowe, Rodos wymaga rzetelniejszych niż w kilka godzin oględzin, zatem sprawdzoną i zasadną propozycją wydaje się kierunek na Patmos i Nisiros, do których zaprowadzą w dwie godziny statki lub wodoloty.
Główne miasto portowe Patmos, Skala, rozciąga się nad szeroką, osłoniętą zatoką i niewątpliwie usatysfakcjonuje tych, którzy lubią myszkować w sklepach z pamiątkami. Ale cel wyprawy jest zgoła inny; w 95 r. przybył na Patmos św. Jan Apostoł i odtąd nieprzerwalnie trwa tu jego kult. Najpierw więc Święta Grota Apokalipsy, w której Jan miał objawienie, które następnie przekazał swemu uczniowi, by ten je spisał w formie natchnionej księgi. Do dziś można oglądać skałę, na której została spisana Apokalipsa oraz wgłębienia w skale, o które święty jakoby opierał głowę, słysząc głos objawiony. Powyżej groty, usytuowany na najwyższym szczycie Patmos w miejscowości Chora, stoi klasztor św. Jana z XI wieku; jest jednym z najważniejszych, zarówno dla prawosławia jak i katolicyzmu, miejscem kultu. Sama budowla do złudzenia przypomina z zewnątrz zamek z bajki, w środku kipi od skarbów sztuki sakralnej i jak przystało na „egejską Jerozolimę”, czerpie zyski z tysięcznych rzeszy przybywających tu pielgrzymów i turystów.
Kiedy indziej warto, zupełnie dla innych wrażeń, udać się na wyspę Nisiros. Centrum Nisiros zajmuje dymiąca i cuchnąca siarkowodorem półaktywna powulkaniczna kaldera. Stromymi ścieżkami można zejść na dno największego krateru, pod który turyści dowożeni są lokalnymi autokarami. Tutaj, właśnie na dnie, da się posłyszeć bulgotanie i syczenie z kanalików, którymi wydostaje się para kłębiąca się pod skorupą ziemi. Spacer po kraterze jest ekscytujący dla każdego „szeregowego” turysty, choć z pewnością efekty erupcji , tych sprzed tysięcy i tych sprzed 100 lat, są wielką atrakcją dla geologów – amatorów oraz dla znawców flory, bardzo w okolicy na powulkanicznej lawie urodzajnej.
Nisiros, by zatrzymać na dłużej turystę, proponuje jeszcze śliczne stołeczne miasteczko Mandraki, z plątaniną wąskich uliczek, gdzie balkony domów biało – niebieskich niemal stykają się ze sobą ponad ulicą. Tu także sklepiki z pamiątkami, gdzie obowiązkowo zakupić trzeba pumeks, uzyskiwany właśnie z powulkanicznych skał na wyspie. Dla tych, którym upał nie jest straszny, nim odpłynie rejsowy stateczek, proponuje się jeszcze wspinaczkę na szczyt urwiska ponad miastem i zbadanie grubości cyklopowych murów joanickiego zamku. Panorama skąpanych w morzu pobliskich wysepek (widocznej także wyspy Kos)i wiszących na skałach domków Nisiros jest tu kwintesencją wspaniałych wrażeń krajobrazowych z pobytu na malutkim fragmencie greckiego archipelagu.
Ewa Matyba



