Cierpiący na zakaźne choroby cudzoziemcy będą deportowani z Polski. Przeciw nieludzkiemu przepisowi protestują lekarze i obrońcy praw człowieka. Dziwi się nawet Unia, na której dyrektywę powołuje się nasz rząd – pisze gazeta "Metro".
– Mamy prawo bronić swoich obywateli. Eliminujemy przecież zagrożenie epidemią – dziwi się oburzeniu Witold Lisicki z MSWiA, który to resort stworzył pozwalającą na deportację ustawę. Czytamy w niej, że każdy obywatel UE, inny niż Polak, u którego zostaną wykryte groźne wirusy, będzie wyrzucony (chyba, że jest w kraju dłużej niż trzy miesiące).
Choroby będące na celowniku musiał wymienić w rozporządzeniu minister Zbigniew Religa. Na liście znalazła się dżuma, cholera, żółta gorączka, SARS, gruźlica w okresie prątkowania oraz nagminne porażenie dziecięce. Gdy szef resortu zdrowia listę podpisał, zaczęła obowiązywać cała ustawa.
Konstanty Radziwiłł, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej: – Chore osoby będą stanowiły większe zagrożenie dla otoczenia w trakcie transportu niż hospitalizacji.
Wątpliwości co do wprowadzonych właśnie teraz przepisów ma też Helsińska Fundacja Praw Człowieka. A co na to ich twórcy? Idą w zaparte. Urzędnicy MSWiA i resortu zdrowia uważają, że ustawa to nie ich, ale Europy wymysł. Powołują się na dyrektywę unijną, która zapis o deportacji rzekomo nakazuje wprowadzić państwom członkom: – Musieliśmy je wykonać, bo inaczej groziłyby nam sankcje – przekonuje Jan Węgrzyn, dyrektor Urzędu do spraw Repatriacji i Cudzoziemców przy MSWiA. I wskazuje, że na podobne rozwiązanie zdecydowali się Czesi, Słowacy i Włosi.
Źródło: PAP



