
Schron przeciwatomowy z lat zimnej wojny będzie nową atrakcją Dni Twierdzy Poznań. Znajduje się pod ziemią, tuż obok osiedla Kopernika. Do zwiedzania udostępnili go pasjonaci historii z grupy „Poznańczycy”.
Druga edycja Dni Twierdzy Poznań odbędzie się w weekend 2-3 sierpnia. Będzie można wtedy obejrzeć 11 elementów pruskich umocnień. Nową atrakcją imprezy będzie schron, zbudowany wprawdzie w 1903-1904 r. przez Niemców, ale wykorzystywany w latach PRL jako schron przeciwatomowy.
Do obiektu prowadzi ul. Babimojska. Za bramą wchodzimy na mały dziedziniec przed niepozorną, brzydką przybudówką z kilku rodzajów cegły. Widać żelazne drzwi. Kiedy po raz pierwszy próbowali je otworzyć rekonstruktorzy historii z grupy „Poznańczycy”, były przyspawane. Tak w latach 90. zabezpieczono wejście do schronu przed dewastacją.
– Była to formacja, która zastąpiła pod koniec lat 50. Terenową Obronę Przeciwlotniczą. Istniała do początku lat 70., kiedy powstała Obrona Cywilna – wyjaśnia Michał Budnik. – Ten obiekt to kompanijny schron piechoty. Powstał w ramach wzmocnienia południowo-zachodniego odcinka frontowej twierdzy Poznań. W pierwszych miesiącach I wojny światowej powstały przed nim umocnienia polowe, ale kiedy front odsunął się na wschód, za Wisłę, nie przeprowadzano tu więcej prac – dodaje.
Schron przy Babimojskiej nie odegrał też żadnej roli podczas II wojny. – Przypomniano sobie o nim na przełomie lat 50. i 60. Wzrastało wtedy napięcie podczas „zimnej wojny” między ZSRR i USA, więc szukano różnych ukryć na wypadek konfliktu militarnego – tłumaczy Budnik. – Ten schron był betonowy, w miarę nowy i suchy. Aby przygotować go na skutki ewentualnego ataku jądrowego, elewację przysypano ziemią. Postawiono też część recepcyjną, by kontrolować dostęp do schronu i wybudowano nowe wejście z wydłużonym korytarzem.
Schron nie ma żadnych urządzeń podtrzymujących życie. Znajduje się w nim do dziś agregat z 1959 r. (już bez prądnicy) i studnia. – W latach 50. nie było tu jeszcze w pobliżu bloków os. Kopernika. Wzdłuż ścian schronu nie ma ławek dla ludności. To wskazuje, że miał on służyć przede wszystkim celom sztabowym – wyjaśnia Budnik. Podejrzewa zresztą, że w przypadku ataku atomowego ludzie, którzy znaleźliby w nim ukrycie, mogli tam przebywać maksymalnie przez trzy doby. Tym bardziej że w schronie nie było pryczy do spania, funkcjonował tu zaledwie jeden natrysk i dwie ubikacje.
W środku panuje chłód porównywalny z ekstremalną klimatyzacją. I ciemności. Na potrzeby inspekcji „Poznańczycy” włączyli kilka lamp, zasilanych przez agregator. Nic jednak nie kapie na głowę – rzeczywiście jest zadziwiająco sucho. Długim korytarzem dochodzi się do pomieszczenia dyspozytorni, z przeszkloną dyżurką. W skrzyniach leżą tu maski przeciwgazowe i pochłaniacze, a wśród nich rarytas – maska dla osoby rannej w głowę (szersza niż zwykła). A także gumowe stroje dla obsługi schronu i buty-gumiaki. Na ścianach wiszą tablice z lat 60., informujące o „odkażaniu i dezaktywacji”.
– To był jeden z trzech schronów dowodzenia Powszechną Samoobroną. Tu mieli pracować sztabowcy – mówi Budnik. W drugim pomieszczeniu stoi wielki silnik – unikat w tego typu schronach. Doprowadzono do niego rury, które przez filtry dostarczały powietrze z zewnątrz. Obrona Cywilna użytkowała schron do końca lat 80. Potem byli tu harcerze, grupa muzyczna, a na koniec – włamywacze. „Poznańczycy” dostali od ZKZL zgodę na użytkowanie obiektu, zamierzają w nim zorganizować swoją siedzibę. I zapraszają poznaniaków 2 i 3 sierpnia. Z centrum łatwo dojechać tramwajem linii 13 lub 6.
Źródło: GW Poznań
foto: Piotr Skórnicki



