
Donald Trump zmienia nazwę Lake Ontario na „Lake America”, a amerykańska branża turystyczna próbuje odzyskać kanadyjskich gości.
Problem w tym, że specjalny wysłannik prezydenta USA ds. turystyki zamiast ich zapraszać, zaatakował Kanadę i jej premiera. To rodzi pytanie, czy amerykańska polityka turystyczna nie działa przypadkiem przeciwko własnej branży.
27 sierpnia prezydent Donald Trump podpisał rozporządzenie nakazujące administracji federalnej USA używanie nazwy „Lake America” w odniesieniu do jeziora Ontario. Zmiana dotyczy amerykańskiego nazewnictwa federalnego – Kanada nadal używa nazwy Lake Ontario.
Dzień później Nick Adams, specjalny wysłannik prezydenta USA ds. turystyki, wyjątkowości i wartości, opublikował tekst zatytułowany „Fun Facts About Lake America! Our Greatest Lake!”. Zamiast wykorzystać okazję do promocji nowej atrakcji, zaatakował Kanadę i premiera Marka Carneya, zarzucając Kanadyjczykom m.in. „arogancję” i „niewdzięczność”.
Problem w tym, że turystyka ma własną, dość prostą matematykę.
Kanadyjczycy wydają mniej w USA
Według Statistics Canada liczba powrotów mieszkańców Kanady z USA spadła w 2025 roku o 25,4 proc. w porównaniu z 2024 r. Oznacza to około 7,1 mln mniej wizyt, a wydatki kanadyjskich turystów w USA zmniejszyły się o około 3,3 mld dolarów.
To nie są wyłącznie statystyki dotyczące relacji między dwoma państwami. Za nimi stoją niewykorzystane pokoje hotelowe, puste stoliki w restauracjach, mniej wynajętych samochodów, biletów na atrakcje i zakupów.
Kanadyjczycy od lat są dla wielu amerykańskich regionów bardzo ważnymi klientami, szczególnie jako tzw. snowbirds, którzy spędzają zimę m.in. na Florydzie czy w Kalifornii.
I właśnie dlatego działania części amerykańskiej branży turystycznej są tak interesujące.
Ameryka mówi: Wracajcie
Podczas gdy prezydencki wysłannik atakuje Kanadę, amerykańskie stany i organizacje turystyczne robią dokładnie odwrotnie.
Kalifornia uruchomiła kampanię „California Loves Canada”, której celem jest przypomnienie Kanadyjczykom, że są w tym stanie mile widziani. Władze i organizacje turystyczne podkreślają znaczenie kanadyjskich gości dla lokalnej gospodarki.
Podobną strategię przyjął Nowy Jork, który prowadzi kampanie i promocje mające zachęcić Kanadyjczyków do ponownych odwiedzin. Wśród ofert znalazły się rabaty na hotele, restauracje, wydarzenia i atrakcje.
Kontrast jest więc wyraźny – amerykańskie destynacje: „Kanado, wracaj”; prezydencki wysłannik ds. turystyki: „Jesteście aroganccy i niewdzięczni”.
Turysta nie prowadzi wojny handlowej
Turystyka nie jest negocjacją handlową. Kanadyjska rodzina wybierająca weekend w Nowym Jorku nie nakłada ceł. Para emerytów decydująca, gdzie spędzi zimę, nie negocjuje z Białym Domem.
To klienci. A klienci mają wybór.
Mogą wybrać Meksyk, Karaiby, Europę, Azję albo pozostać w Kanadzie. Stany Zjednoczone nie mają prawa do ich wakacyjnych wydatków. Muszą o nie zabiegać.
Można jednocześnie popierać politykę Trumpa wobec Kanady i serdecznie zapraszać Kanadyjczyków do USA. Z punktu widzenia gospodarki byłoby to wręcz logiczne: ich wydatki oznaczają przychody hoteli, restauracji, atrakcji turystycznych, handlu i lokalnych społeczności.
Dlatego pytanie o rolę Nicka Adamsa jest zasadne: czy jego priorytetem jest rzeczywiście przyciąganie turystów do Ameryki, czy również demonstrowanie politycznej lojalności wobec prezydenta?
Turystyka potrzebuje ambasadorów
To ważne rozróżnienie. Politycy mogą prowadzić spory, nakładać cła i wymieniać ostre słowa. Turystyka działa jednak według innych zasad.
Nie mierzy się jej politycznymi oklaskami, lecz liczbą przyjazdów, noclegów, wydatkami w restauracjach, sprzedażą biletów, wynajmem samochodów i pieniędzmi pozostawionymi przez gości.
Jeżeli miliony kanadyjskich wizyt znikają, amerykańska branża turystyczna ponosi realne koszty. I dlatego trudno zrozumieć sytuację, w której część amerykańskiego sektora wydaje pieniądze na kampanie „wróćcie do nas”, podczas gdy przedstawiciel prezydenta odpowiedzialny za turystykę wysyła potencjalnym gościom zupełnie inny komunikat.
Można zmienić nazwę jeziora. Znacznie trudniej zmienić nastawienie turysty.
A pierwsza zasada turystyki pozostaje niezmienna: gość powinien czuć się mile widziany.



